Czy umiera nam Bóg?

Wiele, zbyt wiele znaków wskazuje na to, że nadchodzi noc polskiego chrześcijaństwa. Tygodnik Powszechny, 29 kwietnia 2007




Na początek dwie sceny z ostatnich kilku tygodni.

Niedziela wielkanocna: Msza św. w jednym z wiejskich kościółków parafialnych. Świątynia wypełniona po brzegi. Kapłan beznamiętnym głosem odczytujący spisane skądś kazanie – abstrakcyjne, pełne pustych i zużytych formuł. Znudzone twarze wiernych, nierozumiejących z tego ani słowa, myślących o czymś innym. Obustronne udawanie: wierni udający, że przyszli dla Boga, podczas gdy przyszli tylko dla swojego rytuału; kapłan udający, że mówi o Bogu, podczas gdy mówi jedynie o słowach, a których znaczenia zapomniał.

Autobus miejski: dwóch nastolatków. Jeden z nich wyciąga drugie śniadanie i pyta kolegę: „Chcesz?". Ten bierze, przygląda się zawartości kanapki i dostrzegając plasterek wędliny niemal wykrzykuje: „K..., piątek!". Za chwilę jednak pochłania wszystko ze smakiem. W jednym krótkim równoważniku zdania ordynarne przekleństwo i bezmyślne nawiązanie do tradycji piątkowego postu – tradycji, za którą nie stoi żaden Bóg. Tresura rytuału.

Na pierwszy rzut oka wszystko wygląda jak dawniej: prowadzimy ze sobą ożywione rozmowy, wymachujemy energicznie rękami, przebieramy nogami, wstajemy, siadamy, spożywamy posiłki, prowadzimy samochody, czytamy gazety, słuchamy muzyki, spacerujemy po parkach, chodzimy do kościoła. A jednak – powoli i nieubłaganie zapadamy w sen. Sen wiary. Wiele, zbyt wiele znaków wskazuje na to, że nadchodzi noc polskiego chrześcijaństwa.

Ogarnia nas osobliwy somnambulizm. Przypomnijmy, oznacza on podejmowanie złożonych działań w stanie zmienionej świadomości. Na czym nasz somnambulizm polega? Na powtarzaniu starych gestów i starych słów w sytuacji, kiedy zanika ich transcendentna podstawa. Koło jeszcze się kręci, nawet dosyć szybko. Ale jego pierwszy poruszyciel już odszedł. Nie ma go wśród nas, zapanowało milczenie, choć zgiełk naszych gestów i słów jeszcze nie pozwala usłyszeć braku słów. Co musi się stać, co jeszcze musi się stać, żebyśmy zaczęli dostrzegać wielkie odchodzenie Boga?

Jedną z najśmielszych i najbardziej przenikliwych myśli, jakie wydobył z siebie wiek XIX, było krótkie, powtarzane potem wielokrotnie stwierdzenie Fryderyka Nietzschego o śmierci Boga. Jakkolwiek do dziś, nawet z ust wykształconych filozofów, nierzadko słyszymy opinię, że było to tylko bluźnierstwo oszalałego nihilisty, o którego niesmacznych proroctwach winniśmy czym prędzej zapomnieć, sens tego stwierdzenia był i nadal pozostaje przejmująco prosty. Śmierć Boga oznacza ni mniej, ni więcej tylko fakt odrzucenia przez człowieka wszelkiej transcendencji przy jednoczesnym zachowaniu jej zrytualizowanych pozorów. A więc: twierdzimy, że wierzymy w niezmienną prawdę, ale czynimy wszystko, by pokazać, że prawdy mamy za nic; utrzymujemy, że wierzymy w piękno, ale czynimy wszystko, by uczynić nasze życie szpetnym; przekonujemy, że wierzymy w dobro, ale czynimy wszystko, by kolejne pokolenia uznały nas za amoralnych. I rzeczywiście: czyż nie za nihilistów, gardzicieli piękna i zbrodniarzy uznano właśnie ludzi XX stulecia, o których pisał w swej przepowiedni Nietzsche? Ludzi dwóch wojen światowych, komunizmu i faszyzmu, Auschwitz i Kołymy, Srebrenicy i World Trade Center? Ludzi, dla których przestały się liczyć zasady dawnej moralności, metafizyki, estetyki, choć długo jeszcze, niejako siłą rozpędu, zachowujących się tak, jakby się nic nie zmieniło? A jednak w którymś momencie następuje zapaść, nagłe tąpnięcie. Z gruzów wyłania się „najszpetniejszy człowiek", tak sugestywnie ukazany w pismach niemieckiego myśliciela: zły, brzydki, cyniczny. W zapiskach Nietzschego czytamy: „Opisuję nadchodzącą przyszłość: nastanie nihilizmu. Mogę tu opisywać, ponieważ dzieje się tu coś koniecznego – znaki tego są wszędzie, jedynie brak jeszcze oczu dla tych znaków. Nie chwalę tu, nie ganię okoliczności, że nadchodzi on: sądzę, że ma [teraz] miejsce jeden z największych kryzysów, chwila najgłębszego namysłu człowieka nad sobą. (...) współczesny człowiek wierzy tytułem próby już to w tę, już to w inną wartość, po czym porzuca ją: krąg porzuconych wartości, które się przeżyły, staje się coraz pełniejszy; coraz bardziej odczuwa się pustkę i ubóstwo wartości; ruch [ten] jest niepowstrzymany – choć w wielkim stylu próbuje się go opóźniać" (przeł. Grzegorz Sowiński).

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie...