Papieski Testament

Trzeba mieć wielką wewnętrzną wolność, by tak pisać. Wolność i dystans do samego siebie. Także do własnych dzieł – tych skończonych i ledwie rozpoczętych. Tygodnik Powszechny, 6 kwietnia 2008



Trzeba mieć wielką wewnętrzną wolność, by tak pisać. Wolność i dystans do samego siebie. A także do własnych dzieł – tych skończonych i tych ledwie co rozpoczętych. Czy przetrwają? Czy znajdą kontynuację? Czy nie zostaną świadomie porzucone?

Mijają trzy lata, odkąd poznaliśmy ten tekst. Czy dziś czyta się go inaczej? Trudno powiedzieć. Zapewne niektóre jego fragmenty (np. te z roku 2000, dotyczące ewentualnego odejścia czy kontynuacji posługi Piotrowej) rozumiemy lepiej, gdyż toczący się proces kanoniczny i niektóre jego refleksy w mediach objawiły nam fakty znane dotychczas jedynie najwęższemu gronu papieskich współpracowników.

Z całą pewnością wszakże bardziej niż w 2005 r. rozumiemy prywatny charakter tego szczególnego papieskiego dokumentu. Testament nie zawiera w sobie niemal żadnej zobowiązującej diagnozy, a tym bardziej podpowiedzi, żadnego wiążącego przesłania na przyszłość: Papież niczego nie podsumowuje, nie wskazuje dziedzin, które w Kościele domagają się jakiejś szczególnej troski, nie zleca kontynuacji którejkolwiek ze swoich inicjatyw, nie przekazuje dziedzictwa swojego nauczania i profetycznych czynów. Jedyny, możliwie najdelikatniej sformułowany wyjątek w tym zakresie stanowi refleksja nad Soborem Watykańskim II, co do którego Papież wyraża przekonanie, że będzie on jeszcze dla wielu pokoleń inspiracją i skarbnicą bogactw. Trudno jednak taką refleksję uznać za jakieś wiążące „papieskie zlecenie” dla Kościoła.

Rzecz jasna, przyszłość Kościoła leży mu na sercu. Ton, z jakim o nim mówi, nie pozostawia żadnych wątpliwości: Kościół jest jego pasją i rzeczywistą miłością; nie zamierza jednak w żadnym stopniu determinować jego kolejnych kroków albo cokolwiek istotnego na przyszłość zabezpieczać. W Testamencie Papież stoi przed Bogiem z tajemnicą własnej śmierci przed oczami – nie boi się jej, mając za sobą doświadczenie Jego bliskości w całym życiu, które z wdzięcznością i pokorą wspomina. I tyle.

Trzeba mieć wielką wewnętrzną wolność, by w taki sposób pisać testament – wolność i dystans do samego siebie, do swoich osiągnięć (wpisujących się przecież nierzadko w dzieje Kościoła i świata!), do własnych dzieł – tych skończonych i tych ledwie co rozpoczętych. Czy przetrwają? Czy znajdą kontynuację? Czy nie zostaną zmarnowane albo świadomie porzucone?

Nietrudno wyczuć, jak ważna jest taka wolność. Nie tylko dla tego, kto pisze. Czy bez takiej wolności Jana Pawła II byłaby możliwa również ta uderzająca wolność, z jaką prowadzi dziś Kościół Benedykt XVI? Oczywiście, raz po raz podkreślając swój szacunek wobec wielkiego poprzednika. Ale przecież w niemal zupełnie innym – bo własnym – stylu, sięgając po inny język, odwołując się do innych warstw wrażliwości, inaczej rozkładając akcenty w liturgii czy kształtując relacje między Kościołami albo między Kościołem a współczesną cywilizacją.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama