Gdzie diabeł nie może

Barczysty, serdeczny, z piorunującym uściskiem ręki, wita się ks. Kazimierz Tyberski, kapelan więzienny, kiedyś skoczek w oddziałach Czerwonych Beretów. Tygodnik Powszechny, 26 kwietnia 2009


Urodził się w mazurskiej wsi Róg, wśród lasu. W leśniczówce ojca nie było prądu, za to była lampa naftowa, owce i krowy, które mały Kaziu musiał paść jako najstarszy z piątki dzieci. Krowy małego chłopaka dobrze znały, wiedziały, że lubi czytać. Gdy tylko otwierał książkę, uciekały.

– Niedawno leśniczy znalazł jedną z moich młodzieńczych lektur w lesie – „Samotnię” Dickensa – opowiada ks. Kazimierz.

Zwyczajem było, że gdy mama Kazia wracała z wywiadówki, brała kij do ręki i szukała syna, który na parę godzin znikał w lesie. Gdy skończył podstawówkę, matka zmartwiona towarzystwem, w którym się syn obracał, wysłała go na Śląsk, do rodziny, żeby tam Kazimierz kontynuował edukację.

– Chciałem iść do kopalni. Jak przyjechałem do wuja, wybuchł metylen pod ziemią i uznałem, że nie będę umierał jak kret. Zostałem murarzem.

Kiedyś pojechał w odwiedziny do przyjaciela. Koledzy poszli na basen, przy okazji wypili parę piw. Gdy już się wytaplali w wodzie, Kaziu zapytał kumpla: – Gdzie dzisiaj znajdziemy w tym mieście ładne dziewczyny?

Była niedziela, kolega zerknął na zegarek i odpowiedział: – W kościele.

Poszli, mimo że byli boso. Szli środkiem ulicy, samochody trąbiły. Głośno weszli do kościoła, wszyscy zwrócili na nich uwagę. Zaczęli się wygłupiać. Gdy proboszcz podszedł z tacą, zmierzył srogo Kazimierza wzrokiem. Zrobiło mu się wstyd. Chciał szybko sypnąć groszem, żeby człowiek w sutannie już sobie poszedł. Kieszenie były jednak puste, piwo kosztuje. – Wtedy w duszy powiedziałem sobie: „Panie Boże, wiesz, że w Ciebie nie wierzę, ale nic nie mam, to weź sobie mnie”. Pan Bóg długo czekał, ale w końcu przypomniał sobie o moich słowach.

Czerwony beret

Wojska nie chciał, za to wojsko jego chciało – to był taki czas, kiedy się wojsku nie odmawiało. Kazio miał 19 lat. Komisja dała mu ankietę do uzupełnienia, w której miał zaznaczyć, które szkolenia wojskowe chce ukończyć. Prawo jazdy, nurkowanie... zaznaczył wszystkie. Ale rekrut mógł wybrać tylko jedną specjalizację. Wybrał: skoczek spadochronowy.

– Pierwszego skoku nie zapomnę nigdy. Gdy wyskoczyłem z samolotu, straciłem świadomość tego, co się ze mną dzieje!

Chłopak z Mazur trafił do jednostki Czerwonych Beretów najpierw na dwa tygodnie do Bielska Białej, a później do Krakowa.

– Miałem taką falę, że od niekończących się pompek nie mogłem normalnie odpalić papierosa, tak miałem opuchnięte mięśnie ramion.

Wtedy Kazimierz jeszcze palił. Po roku fala ustała, a chłopak z Mazur stał się specjalistą wschodnich sztuk walki.

«« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

    Pobieranie...