Drewniane kapłaństwo

Spowiadanie zbliża księdza do realiów życia, ale buduje też aurę bycia mistrzem. Penitent jest oglądany często zza grubych szkieł profesjonalisty, a nie jako towarzysz w drodze. Tygodnik Powszechny, 12 lipca 2009


Proboszcz chciał wprowadzić do życia tatrzańskiej parafii coś „nowego”, co okazało się być „starym”, ale dla wielu jednak nazbyt „nowinkarskim”. Planował w wielkoczwartkowej Eucharystii obrzęd obmycia stóp. Spotkał się z oporem. Nie znalazł nikogo, kto chciałby wziąć udział w tym geście z Ewangelii. Niezrozumienie, obawa przed naruszeniem ustalonego porządku („ksiądz na kolanach z miską chodzić przed gazdami nie będzie, a gazda bosej nogi w kościele też nie pokaże”) i zaniedbania w katechezie nie pozwoliły, by kapłan mógł umyć stopy swoim parafianom.

Swojskość

Z tego na pozór banalnego zaniedbania przebija problem istotniejszy: na ile w Kościele radzimy sobie z kapłaństwem sakramentalnym (hierarchicznym), z przeżywaniem tego sakramentu w codzienności: zarówno księża – na mocy przyjętych święceń – jak i świeccy, zaproszeni do kapłaństwa powszechnego przez chrzest.

Problem jakości służby w Kościele to bolączka stara jak sam Kościół. Jan Chryzostom (IV wiek!) miał powiedzieć, że dawniej w Kościele byli złoci księża i drewniane kielichy, a obecnie – złote kielichy i drewniani księża.

Skąd bierze się zatem owa „drewniakowatość kapłanów”, która w aluzji Chryzostoma może być odczytywana współcześnie również jako odnoszenie się do świata, hermetyczność zachowań, posługiwanie się drewnianym językiem? Skąd brak żywej tkanki łączącej księdza z wiernymi w codzienności, zastąpionej relacją martwych konwenansów, w których gubią się i świeccy, i księża?

Idei drewnianego kapłana i drewnianych relacji nie chcę zastępować gombrowiczowską ideą powszechnego „zbratania się”, która miałaby polegać na wpychaniu kapłanów w swojskie klimaty, by z zaciętym wyrazem twarzy udowadniali światu, że są blisko jego spraw i problemów. Dostrzegam problem, który dopadł mnie w czasie pobytu w miejscu specyficznym na geograficznej i duchowej mapie Kościoła. Myślę o małym domu klasztornym w Tatrach (Wiktorówki), gdzie dwóch, trzech zakonników opiekuje się Sanktuarium Matki Bożej, zwanej Królową Tatr.

Miejsce nietypowe jak na działalność duszpasterską: klasztor położony wysoko (1200 m n.p.m.), daleko od siedzib ludzkich, a blisko gawr niedźwiedzi, które tu zaglądają. Klasztor zimą czasami odizolowany od świata, na stałe pozbawiony prądu. Życie skupia się nie wokół ołtarza w kaplicy, w której od grudnia panują minusowe temperatury, lecz w kuchni, przy piecu, na którym zawsze stoi przygotowana dla turystów czy pielgrzymów herbata.

Ta swojskość odsłoniła przede mną bardziej niż zwykle problem drewnianych księży i relacji ze świeckimi – i problem mojego własnego kapłaństwa, które na poziomie dojrzałości ludzkiej niedomaga.

Niezastąpiony lokaj

Przyzwyczajony do życia, które ma coś z teatru polegającego na ukazaniu się przy ołtarzu i na ambonie, miałem możliwość zniknięcia za „kurtyną” – powrót za klauzurę (w parafii na plebanię) i zniknięcia w świecie podpartym na kilkusetletnich stropach zakonnych.

Nawet po długim wyjeździe czy aktywnościach urealniających mnie jako człowieka (sport z młodzieżą czy prowadzenie grup „dyskusyjno--roboczych”), przychodził moment nałożenia habitu i obrania pozycji zza ołtarza, zza klauzury: bezpieczno-zachowawczej.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...