Ani kapłan, ani błazen

Kołakowski krytycznie oceniał wszelkie próby wciągania Kościoła do polityki, ale nie negował społecznej roli, jaką winno odgrywać chrześcijaństwo, szczególnie w trudnych momentach przełomu. Tygodnik Powszechny, 26 lipca 2009


Leszek Kołakowski był przede wszystkim filozofem, choć pisał też zabawne felietony i przewrotne bajki dla dzieci, był aktywny politycznie i społecznie, miał ogromny wpływ na życie intelektualne Polaków i nie tylko Polaków. To przypomnienie wydaje się banalne, ale konieczne, gdy stajemy wobec konieczności podsumowania tego wszystkiego, kim dla nas był, czego nas nauczył, w czym się z Nim zgadzamy i z czym spieramy.

Z różnych stajni

Pisząc to, uświadomiłem sobie, że muszę wyjaśnić, jak rozumiem to „my”. Czy czytelnicy, słuchacze Kołakowskiego to jedna rodzina, czy jest takie łączące nas „my”, które ma prawo powiedzieć, że On jest nasz? W prasie, radiu i telewizji po śmierci Profesora przytaczano opinię ks. Józefa Tischnera, że Kołakowski to „mistrz polskiej inteligencji liberalnej”.

Nie bardzo się zgadzam, bo w tym określeniu jest przypisanie Kołakowskiego do pewnego kręgu, oczywiście najbliższego i odwołującego się do jego myśli. Ale oddziaływanie Kołakowskiego było znacznie szersze, a profesor miał przyjaciół z różnych kręgów i różnych stajni. Nie wiem, czy jestem przedstawicielem „polskiej inteligencji liberalnej”; z osobistego wyboru należę do kręgów klerykalnych – a przecież Kołakowski od dawna był dla mnie kimś bardzo ważnym.

Jako młody student czytywałem prasę, a były to czasy Października, i zapamiętałem nazwisko warszawskiego filozofa, który z ogromnym temperamentem i finezją upominał się o elementarne prawa, jakie winny przysługiwać obywatelowi. Wiedziałem, że są to jakieś walki w obrębie obozu władzy, nie była to moja władza, ale podzielałem wiele poglądów, którym Kołakowski dawał wyraz. Jakże jego język różnił się od standardowych sloganów piszących z pozycji partyjnych. Później, gdy wpadły mi w ręce jego teksty o religii, pisane we wczesnych latach 50., przyznam, że odłożyłem je z niesmakiem, ale też przekonaniem, że ich autor przeszedł długą drogę.

Dwa teksty Kołakowskiego sprawiły, że stałem się prawdziwym czytelnikiem, a nie tylko obserwatorem jego ówczesnych rewizjonistycznych zmagań. Bardzo ważny był artykuł „Jezus Chrystus – prorok i reformator” (1965), gdzie przeczytałem: „osoba i nauka Jezusa Chrystusa nie mogą zostać usunięte z naszej kultury ani unieważnione, jeśli kultura ta ma istnieć i tworzyć się nadal... [Jezus] uczył, w jaki sposób, nie uciekając się do gwałtu, można stawiać czoło sobie i światu”.

Drugim ważnym tekstem był wstęp profesora do polskiego wydania „Traktatu o historii religii” Eliadego. Mogłem tu przeczytać, że „mityczne i symboliczne doświadczenie świata... należą do niezbywalnych jakości człowieczeństwa”. Tak więc „religia istnieje naprawdę”, nie jest tylko rezultatem działania historycznych procesów, alienacji pracy czy opresyjnej aktywności super-ego.

Etyka i mistyka

Gdyby spróbować ująć w niezgrabnym skrócie refleksje Kołakowskiego nad religią (chrześcijaństwem głównie), można by powiedzieć, że dzielił on wyznawców Jezusa na dwie rodziny – tych, których fascynowało przede wszystkim Kazanie na Górze, i tych, którzy zagłębiali się w lekturze Pieśni nad Pieśniami. Dla pierwszych chrześcijaństwo było przede wszystkim wyzwaniem etycznym, propozycją życia dla ludzi, którzy wyrzekali się wszelkich postaci gwałtu i przemocy.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama