Na każde zawołanie

Księża powinni znać motywy biskupa i wiedzieć, czego od nich wymaga. Jeżeli kapłani przekonają się do szczerości i jednoznaczności biskupa, to zasadniczo nie ma potem problemów z zaufaniem. Tygodnik Powszechny, 25 października 2009


Artur Sporniak: Co to znaczy być biskupem?

Abp Marian Gołębiewski:
W praktyce oznacza przede wszystkim prawie nieograniczoną dyspozycyjność. Zwłaszcza wobec kapłanów, bo to od nich zależy, co się dzieje w terenie. Biskup w jakimś sensie musi być na każde zawołanie. Nie może się zamknąć u siebie i na przykład powiedzieć: teraz mam czas tylko na lekturę i nie odbieram żadnego telefonu.

Biskup jest też zarządcą diecezji. Menedżerem?

Oczywiście, od jego podpisu wiele w diecezji zależy – biskup ma władzę. Ale na początku powinno być to, o czym mówił Benedykt XVI w warszawskiej katedrze: biskup ma być ekspertem od spraw Bożych w życiu człowieka. Bez takiej perspektywy nie znajdziemy, jak mi się wydaje, klucza do posługi biskupa w Kościele.

Czyli przede wszystkim ma być ojcem?

Ojcostwo to zaufanie. Jeżeli ktoś zwraca się do kogoś: „ojcze”, obojętne czy w kręgu rodzinnym, domu zakonnym, czy biskupim pałacu, oznacza to obdarzanie drugiego człowieka wielkim zaufaniem. Biskup musi być ojcem. Dlatego ma być dyspozycyjny.

Oczywiście, nie należy ulegać też złudzeniom. Media lubią spektakularne gesty, np. gdy biskup pojedzie tramwajem, przeczytać później można: jaki to piękny gest! Ale on nie rozwiązuje żadnej trudnej sprawy.

Biskup w tramwaju robi furorę, bo w Polsce duchowieństwo wciąż izoluje się od społeczeństwa.

Być może tak to postrzegają świeccy. Od mojej strony wygląda to tak, że ja właściwie codziennie gdzieś jadę i z kimś się spotykam.

Czy każdy może przyjść do Księdza Arcybiskupa?

Każdy. Nie robię selekcji. Ma to oczywiście tę kłopotliwą stronę, że trafiają do mnie także ludzie np. z petycjami o zwołanie III soboru watykańskiego w celu ogłoszenia Chrystusa Królem Polski czy też z marzeniami, aby zostać prezydentem Polski.

A czy zdarzyła się chwila, że Ksiądz Arcybiskup, po ludzku biorąc, miał dość?

Gdy mam dość, idę do kaplicy. To normalne. Zdarzają się natomiast wątpliwości. Pozwolę sobie wspomnieć intymny epizod: kiedyś na spowiedzi wyznałem, że nie wiem, jak mam postąpić z jednym księdzem w pewnej sprawie – czy powinienem być wobec niego stanowczy. Sędziwy kapłan odpowiedział: „Bracie, jeżeli upominasz, czynisz to w imieniu Chrystusa. To nie ty sobie tę władzę nadałeś. Gdy trzeba pobłogosławić, to masz pobłogosławić; gdy trzeba pochwalić – pochwalisz; ale jak trzeba powiedzieć słowo nawołujące do posłuszeństwa, też musisz się na to zdobyć”. Upominanie jest jednak sztuką. To, być może, największe wyzwanie dla biskupa...

Trudna też jest bezradność w pewnych sytuacjach. Na przykład z ważnego powodu biskup musi z parafii usunąć proboszcza. On wie, dlaczego to robi, parafianie nie wiedzą. Przychodzą z pretensjami i nalegają, by kapłana pozostawił. Biskup, jak pan powiedział, ma być ojcem, zatem ma też obowiązek bronić dobrego imienia tego księdza. Nie może wyjawić powodu przenosin i postrzegany jest jako tyran.

Prócz tego popełniamy zwykłe błędy. Pamiętam, że wielu gratulowało mi pewnej nominacji proboszcza. Mówiono, że to strzał w dziesiątkę. Cieszyłem się... Kto by się nie cieszył, gdy chwalą jego decyzje! Nie jesteśmy przecież z żelaza, tylko z ciała. Tymczasem okazało się, że ów kapłan w ogóle się nie sprawdził. To była klęska! Przewidywanie, że coś może się nie udać, trzeba wpisać w swoje ojcostwo.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama