Ósmy sakrament

Duszpasterz może przekonywać, że Bóg jako kochający ojciec chce naszego dobra. Ale co innego przyjąć tę naukę w duchu zawierzenia, a co innego wiedzieć, jak to jest, gdy dla własnego dziecka człowiek gotów jest wszystko poświęcić. Tygodnik Powszechny, 31 stycznia 2010


Św. Augustyn wskazywał na ponad trzysta sakramentów, wśród których wymieniał pokorne obmywanie nóg albo opiekę nad chorymi. Św. Bernard twierdził, że jedna godzina to za mało, żeby zdołał wymienić wszystkie sakramenty. Bo skoro Duch wieje, kędy chce, to niewidzialną łaskę może zsyłać poprzez różnorakie widzialne znaki. Katalog siedmiu sakramentów ustalony na Soborze Trydenckim jest dla człowieka gwarancją, że Boga w Trójcy Jedynego spotka w rytach chrztu, bierzmowania, Eucharystii, spowiedzi, małżeństwa, kapłaństwa i namaszczenia chorych. Jednak żadna lista Stwórcy przecież nie ogranicza. Dlatego mam głębokie przekonanie, że narodziny dziecka mogą być ósmym sakramentem.

Pożegnanie z wiarą

Wiele razy zastanawiałem się, skąd przed laty wziął się u mnie kryzys wiary. Przestałem chodzić do kościoła, chociaż nadal uważałem się za człowieka wierzącego, a chwilami nawet za szczególnie uduchowionego. Scenariusz mojego odejścia wydaje się wręcz banalny. Potwierdza równie gorzkie, co popularne sformułowanie: bierzmowanie było dla mnie sakramentem pożegnania z Kościołem. Tamten moment wyobrażam sobie dziś jak ziejącą pustką dziurę. Nie pozostał we mnie żaden znaczący obraz, słowo, emocja.

Poza ręką świadka położoną na ramieniu nie potrafię przywołać innego znaku. Nie wiem, czy coś Bogu obiecywałem – może przysięgałem – ani czy do czegoś się zobowiązałem. Nie pamiętam nawet, który biskup mnie bierzmował. Jedno wątpliwości nie ulega – następny raz do spowiedzi i Komunii przystąpiłem po jedenastu latach.

Przyczyn tąpnięcia było kilka, ale generalna diagnoza znowu wydaje mi się dość powszechna, dlatego też opowieść ta dotyczy nie tyle mnie, ile ogólnego problemu, z którym przychodzi borykać się zarówno zagubionemu grzesznikowi, jak i wspólnocie Kościoła, którą ów grzesznik opuszcza. Brzmi ona: skarbu w glinianym naczyniu często nie udaje się przenieść ze świata dzieciństwa do dorosłości. Rozbite skorupy trafiają na wysypisko rzeczy zdziecinniałych, bo Msza pozostała na poziomie obowiązku, a nie przepoczwarzyła się w świadomą potrzebę.

Spowiedź wydawała się jednym z narzędzi opresji i ręcznego sterowania, od których koniecznie trzeba się uwolnić. Modlitwa nie wyrosła z krótkich spodenek wieczornego paciorka. Nic zatem dziwnego, że bierzmowanie przeżywa się jak szkolną akademię. Zresztą i tak czułem się lepszy od innych – większość kandydatów nie znała „Ojcze nasz”, a przez Credo przebrnęło zaledwie dwóch ministrantów.

Ale nawet późniejszy powrót syna marnotrawnego nie tyle pełen był radości ze spotkania z Ojcem, ile kryła się za nim dość chłodna kalkulacja. Utracjusz zrozumiał, że ma dość podkradania świniom odpadków. Do minimum nawrócenia nie trzeba wcale porywu skruszonego serca, wystarczy dopuścić do głosu nieco zdrowego rozsądku. Życie względnie uporządkowane, bez moralnych wstrząsów, jest lepsze od wewnętrznego rozedrgania, wiecznego niepokoju i uiszczania rachunków za kolejne błędy. Ale efekt był marny: wbrew pozorom dorosłości wiara na powrót się zinfantylizowała – miała po prostu przywrócić utracone wraz z dzieciństwem błogie poczucie bezpieczeństwa.

Drogę do chrześcijańskiej dojrzałości ­otworzyły dopiero narodziny mojej córki Zuzanny.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama