W ułudzie nieśmiertelności

Kiedy oglądałem spektakl o wampirach w teatrze „Roma”, to pomyślałem, że legenda o nich pokazuje tragizm losów w sytuacji, w której śmierć zostaje wyrzucona z życia, czyli na pozór raj – sto procent hedonizmu i sprzyjających okoliczności: brak chorób, brak śmierci. Don BOSCO, 11/2007




Boi się Pan śmierci?

Tak, boję się śmierci, bo jestem daleki od doskonałości chrześcijańskiej. Lęk przed śmiercią jest istotą wszystkich lęków dotyczących utraty dóbr, które wydają nam się ważniejsze niż zbawienie. Wyzbywanie się tych lęków to droga dojrzewania, odkrywania tego, co w naszym życiu najważniejsze. To dlatego starożytna formuła filozofii, czyli drogi do doskonałości, była ćwiczeniem w śmierci. Nie chodziło o to, że oni przeprowadzali ćwiczenie z umierania. Zasadniczym celem tego ćwiczenia było odkrywanie, że w porządku dóbr są rzeczy ważniejsze od ludzkiego życia. Zarzucano im, jak później chrześcijanom, że są masochistami rozmiłowanymi w śmierci. Nic bardziej błędnego. Jest to pewien rodzaj moralnej postawy, która wyrasta ze świadomości, że umrzemy. W tradycji antycznej człowiek moralny to jest człowiek uważny, który zdaje sobie sprawę z tego, że każda chwila jest ważna, piękna, doniosła i niepowtarzalna, że jest unikalną okazją istotnego wyboru. Kiedy oglądałem spektakl o wampirach w teatrze „Roma”, to pomyślałem, że legenda o nich pokazuje tragizm losów w sytuacji, w której śmierć zostaje wyrzucona z życia, czyli na pozór raj – sto procent hedonizmu i sprzyjających okoliczności: brak chorób, brak śmierci. Wampir powinien być więc uosobieniem szczęścia. Tymczasem w tradycji europejskiej jest postacią tragiczną, bo żyje w świecie, w którym nic nie ma wagi ani smaku. Gdy człowiek żyje wiecznie, do niczego nie musi się spieszyć, nic zmieniać, nic nie ma sensu, nic nie jest ważne.

Co się stało, że w naszej kulturze przestaliśmy się konfrontować ze śmiercią?

To jest taki wielki eksperyment szukania innej drogi. Ona zawsze była obecna, ale na marginesie. A teraz stała się wiodąca. Co się stało? Jest oczywiście wiele przyczyn, mnie jednak bardziej interesuje, jak temu ciśnieniu poddaje się Kościół. Zastanawiające jest, dlaczego tak łatwo się poddajemy. Muszę powiedzieć, że ze smutkiem przyjmuję np. zmianę nazwy „ostatnie namaszczenie” na „sakrament chorych”, bo widzę w tym przejaw lęku przed głoszeniem prawdy o śmierci, która jest dzisiaj jedną z bardzo ważnych misji Kościoła.

Bo to ze swej istoty jest sakrament chorych i nie musi być ostatni…

Zgoda, ale przygotowanie do śmierci jest czymś, co można czynić całe życie. W tym zastrzeżeniu też widać ów lęk. Jan Paweł II od pierwszego dnia swojego pontyfikatu jako rodzaj ćwiczenia duchowego spisywał swój testament. To forma ćwiczenia, w którym medytujemy własną śmiertelność i wynikające z tego skutki. Piękne skutki, czyli imperatyw miłości, bo jak to ujął ks. Jan Twardowski – trzeba się śpieszyć kochać ludzi. To jest najważniejszy wniosek chrześcijański wynikający z faktu śmiertelności.


«« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

  • katolik
    26.11.2007 17:56
    Oto, co objawiono św. Faustynie o chwili śmierci:
    JAK STRASZNA JEST GODZINA ŚMIERCI

    O godzino straszna, w której widzieć trzeba wszystkie czyny swoje w całej nagości i [nędzy]; nie ginie z nich ani jeden, wiernie towarzyszyć nam będą na sąd Boży. Nie mam wyrazów, ani porównań na wypowiedzenie rzeczy tak strasznych, a chociaż zdaje się, że dusza ta nie jest potępiona, to jednak męki jej nie różnią się niczym od mąk piekielnych, tylko jest ta różnica, [że] się kiedyś skończą. (Dz 426)

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama