W cieniu Karola Gustawa Junga

Jung był niezwykle twórczym psychologiem i pełnym ciekawych pomysłów psychoterapeutą; często miał dobry i głęboki wgląd w tajniki wewnętrznego krajobrazu człowieka. Lecz jego wizjonerska metafizyka prowadzi w moim przekonaniu na niebezpieczne i szkodliwe manowce. Znak, 3/2007




Jung był niezwykle twórczym psychologiem i pełnym ciekawych pomysłów psychoterapeutą; często miał dobry i głęboki wgląd w tajniki wewnętrznego krajobrazu człowieka. Lecz jego wizjonerska metafizyka prowadzi w moim przekonaniu na niebezpieczne i szkodliwe manowce. Nowej religii nie stworzył. Jak mało kto, łączył w sobie światło i ciemność. Lecz czy kiedykolwiek dokonał twórczej ich syntezy – śmiem wątpić.

Od kilkudziesięciu lat myśl Karola Gustawa Junga rzuca cień na moje życie. Ten cień ma trzy smugi. W pierwszej leżą koncepcje, które mnie kiedyś zafascynowały i porwały, lecz kiedy chciałem je pojąć i zgłębić, umykały memu zrozumieniu, pozostawiając osad wątpliwości; w drugiej skryły się rozważania o cieniu, w pewnej mierze trafne, lecz w ostatecznym rachunku złudne i niebezpieczne; w trzeciej zaś natrafiam dziś coraz częściej na przybrane w maskę nauki empirycznej wizje metafizyczne, których zaakceptować nie jestem w stanie. Ale zacznijmy od początku.

Junga poznałem, kiedy miałem niespełna dziewiętnaście lat i rozpoczynałem studia na Uniwersytecie Warszawskim. Poznałem go, rzecz jasna, nie osobiście, lecz za pośrednictwem Jerzego Prokopiuka. To pośrednictwo było na tyle sugestywne, że Jung zdał mi się patronem wszelkiej głębszej myśli i przewodnikiem w świecie prawdy. Jego wyrzeźbiona bruzdami mądrości twarz patrzała na mnie z okładek książek rozrzuconych w pokoju Jerzego. Raz na jakiś czas gromadziła się w tym pokoju niewielka grupa młodych ludzi, spragnionych prawdy o człowieku i świecie, odbiegającej od dostępnych wówczas w Polsce wzorców marksistowskiego, pozytywistycznego lub katolickiego myślenia. Grupa przyjęła nazwę „Temenos”, co przywodziło na myśl sprawy głębokie, święte i owiane tajemnicą. Wszak Temenos w starożytnej Grecji to odgrodzona od świata przestrzeń, w której znajdowała się poświęcona jednemu z bóstw świątynia. Rzeczy święte, choć wiedzieliśmy o nich tyle co nic, miały dla nas smak zakazanego owocu; garnęliśmy się do nich, choć traktowaliśmy je przede wszystkim poznawczo. Interesowało nas zjawisko religii w ludzkim świecie; wiele godzin zatem poświęciliśmy dyskusjom nad Złotą gałęzią Frazera, Szkicami z socjologii religii Wacha czy zbiorem uczonych tekstów religioznawczych wydanych pod redakcją Eliadego. Poza tym pociągały nas zjawiska tajemnicze i niewyjaśnione, podejmowaliśmy więc wyprawy w rejony parapsychologii, ezoteryki czy mistyki. Na dobrą jednak sprawę nikt – może poza Jerzym – nie miał pojęcia, dokąd te poszukiwania miały nas prowadzić. Kierowała nami naturalna dla młodych ludzi ciekawość i pragnienie dotarcia do prawdy, skrywanej – jak byliśmy przekonani – za oficjalną wykładnią nauki, ateizmu i wiary. Nic więc, co ludzkie, nie było nam obce i na początek przyszedł Jung. Mógł to być równie dobrze Freud czy Eliade, choć raczej nie Marks i nie Tomasz z Akwinu. A że Jerzy akurat Jungiem intensywnie się zajmował, wygłosił nam na jego temat aż sześć wykładów.

Prawdę powiedziawszy, niewiele z nich zrozumiałem. Nieświadomość zbiorowa, animus i anima, cień, persona, jaźń – te i inne Jungowskie pojęcia prawie nic mi nie mówiły; mój umysł, pozbawiony odpowiedniego przygotowania, nie był w stanie ich wchłonąć. Pobudzały jednak nienasyconą ciekawość i zawierały wspaniałą obietnicę. „Jeśli nas poznasz – zdawały się mówić – otrzymasz klucz do tajników ludzkiej duszy”. Któż nie odpowiedziałby na takie wezwanie? I oto Jung, ów „stary mędrzec” – jak Jerzy lubił o nim mówić – stał się dla mnie jeśli nie mistrzem, to przynajmniej nauczycielem; był przecież nie tylko uczonym psychologiem, był kimś, kto wiele przemyślał i doświadczył. Nie miałem wątpliwości, że potrafi mnie wprowadzić w prawdziwą w mądrość. Zajmował się nie tylko psychopatologią człowieka i leczeniem duszy, wnikał w istotę męskości i kobiecości, interesowały go prastare ludzkie symbole i mity, pasjonowała go alchemia i gnoza, bardzo wiele uwagi poświęcał religii. Nie był wprawdzie człowiekiem wierzącym w konwencjonalnym sensie tego słowa i nie należał do żadnego Kościoła. Mniemanie o współczesnym chrześcijaństwie miał bardzo złe; uważał, że jego źródła niemal całkowicie wyschły na skutek jednostronnego rozwoju racjonalnych władz człowieka. Ale na pytanie, czy wierzy w Boga, odpowiadał, uśmiechając się tajemniczo: „Nie, nie wierzę, ja po prostu wiem”.
«« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | 9 | 10 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie...

Reklama

Reklama

Reklama