Chłopczyk z niebieskimi oczami

W kwietniu Jacek powiedział pani A., że ją bardzo kocha. Wiozła go właśnie pierwszy raz nietrzeźwego do domu. Prosił, by nie mówiła synowi, że rozbił ich samochód, jeżdżąc bez prawa jazdy po pijanemu. Znak, 5/2009



Pani A. przez trzynaście lat pracowała w szkole podstawowej w środkowej Polsce jako nauczycielka języka polskiego, plastyki i informatyki. Tam poznała Jacka – drobny, z jasnymi włosami, niebieskimi oczami. Rówieśnikom sięgał ledwie do ramienia. Przebywał rok w pogotowiu opiekuńczym, potem w domu dziecka.

Pamięta, że w piątej klasie chciano oddać trzech chłopców do ośrodka wychowawczego. Wystawiła Jackowi pozytywną opinię. Jej dyrektor, który pracował również w domu dziecka, był wściekły: – To nie opinia – krzyczał – to laurka. Wówczas obiecała Jackowi, że nie pozwoli, aby go skrzywdzono.

– Kiedyś jako jedyny miał nie uczestniczyć w szkolnej wycieczce do Krakowa – wspomina pani A. – Byłam jego wychowawczynią, więc zapłaciłam za niego i pojechał. Cieszyłam się ze swojej wiary w to dziecko i ze wzruszeniem obserwowałam, kiedy uważający i delikatny karmił stado gołębi.

W Wieliczce powiedział, że ma dla mnie prezent i wyciągnął zza pazuchy ułupaną z kopalnianej ściany bryłę soli. Kiedy pani A. przeszła na emeryturę, zamiar pozbycia się wychowanka zrealizowano. Zdążył skończyć podstawówkę.

Jednak pierwszą klasę gimnazjum spędził już w ośrodku wychowawczym. Spotkała go znowu i wysłuchała, jak traktują tam chłopców. A także o ojcu alkoholiku, który upijał przed laty małego Jacka i tłukł, aż mu kiedyś oko wypłynęło. Zobaczyła, jak mieszka bez wody i kanalizacji jego niepełnosprawna w stopniu „lekkiego debilizmu” matka z dwójką upośledzonych umysłowo dorosłych synów.

Dowiedziała się też, że „jej Jacuś nie taki święty”. – Pobił się raz i drugi – mówi – o co miał mieć sprawę w sądzie, spił się, pali. Jednak czuliśmy z mężem, że nie możemy zawieść jego zaufania. Przyszedł czas spełnienia obietnicy sprzed lat.

„Ostatnio wraz z żoną postanowiliśmy zostać rodziną zastępczą dla szesnastoletniego Jacka”, pisał mąż pani A. we wrześniu 2005 roku przed postanowieniem sądu rejonowego. Argumentował, że jest absolwentem Uniwersytetu Łódzkiego i Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, pedagogiem z wieloletnim doświadczeniem w pracy z młodzieżą. Że został ukształtowany przez swoich akademickich nauczycieli, między innymi Karola Wojtyłę, Alberta Krąpca, Mieczysława Malińskiego, Józefa Tischnera.

„Jestem niepełnosprawny i już nie najmłodszy – liczę sobie 65 lat – w piłkę z chłopcem nie zagram, jednak z pewnością będę mógł służyć Jackowi pomocą intelektualną, ukierunkowaniem i wsparciem. Znam Jacka, który przez trzy kolejne lata bywał w naszym domu podczas wakacji i weekendów. Podzielam zdanie żony, że jest on chłopcem inteligentnym, wrażliwym i szlachetnym. Uważam, że jako rodzina zastępcza okażemy się dla siebie tak samo bezcennym darem”.

– Mąż w sądzie powiedział, że to ostatni dzwonek dla Jacka. Przyznano nam nad nim opiekę. „Dzisiejszy dzień początkowo zamglony, był słoneczny. Gdy wyszliśmy z sali sądowej, tuż za oknem spostrzegłam przytuloną do muru sowę. Nigdy w życiu nie spotkałam prawdziwej sowy! Mój dorosły syn nie wróży nam nic dobrego”… – zanotowała 19 października 2005 roku pani A. Jacek obiecał, że nie zawiedzie zaufania, będzie się dobrze zachowywał i uczył wymarzonego zawodu. Jego matka wyraziła zgodę na przejęcie przez nich opieki nad synem.

«« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama