Miłosz i wiek sekularny

Miłosz najwyraźniej tęskni do „porowatego ja”, bo pozwala mu ono wglądnąć w zakryty przed „ja opancerzonym” wyższy ład, który zakłada hierarchię czasów, fundamentalną wspólnotę ponad strukturą oraz – last but not least – niedoskonałość ludzkich projektów politycznych. Znak, 7-8/2009



Temat mojego artykułu zdaje się dość wyczerpująco opisany, w dodatku sam Miłosz wielokrotnie podejmował go w swej poezji i esejach. Wystarczy wspomnieć Ziemię Ulro, w której badał przyczyny erozji wyobraźni religijnej, czy ostatni tom wierszy wydany za jego życia – Drugą przestrzeń, z Traktatem teologicznym na czele. Do jego ponownego podjęcia skłoniła mnie jednak lektura fundamentalnej monografii Charlesa Taylora A Secular Age, która w ciągu roku od wydania zdołała już zyskać miano klasycznej[1]. Warto nadmienić, że wybitny kanadyjski filozof przywołuje w niej Ziemię Ulro, choć Miłosz nie gości często na jej stronach.

Książka Taylora jest nieocenionym przewodnikiem po labiryncie idei, które wyznaczają horyzont religijnych i ateistycznych intuicji człowieka XX wieku. Taylor z niezrównaną jasnością pokazuje ich genealogię, odmitologizowując zarazem wiedzę na temat „wieku sekularnego”. Wstępne rozróżnienia Taylora pozwolą mi uporządkować rozległe pole badawcze i zapytać, dlaczego Miłosz zdaje się pisać przeciwko duchowi sekularnego czasu. Wydaje się bowiem, że powodują nim racje nie tylko konfesyjne. W moich siłą rzeczy zdawkowych uwagach przywołam kilka utworów poetyckich, które pomogą zrozumieć powody jego buntu.

Ja porowate i ja opancerzone

Zacznijmy od kilku generalnych ustaleń. W ślad za Taylorem będę mówił o wieku sekularnym (czyli – z grubsza biorąc – okresie od końca I wojny światowej do dzisiaj) jako o epoce, w której radykalnie zmieniły się warunki wiary. Religia nie jest już wpisanym w porządek prawno-polityczny aksjomatem, lecz stała się jedną z możliwych opcji. Co znamienne, w wieku sekularnym jest do pomyślenia unieważnienie wszelkich innych celów poza samym ludzkim rozwojem.

Różnicę między dawnymi epokami a czasami współczesnymi wyznaczają przemiany w trzech obszarach: po pierwsze, zjawiska przyrody przestały być postrzegane jako przejawy Bożego działania, po wtóre, Bóg przestał być gwarantem porządku społeczno-politycznego, po trzecie zaś, dokonał się proces, który za Maksem Weberem nazywamy „odczarowaniem” (Entzauberung). Taylor zwraca uwagę na znamienny rys owego „odczarowania”. W świecie „zaczarowanym” nie istniała wyraźna linia podziału między działaniem sił osobowych i nieosobowych. Relikwie świętych mogły przynieść uzdrowienie chorym lub przekleństwo złodziejom, którzy poważyli się po nie sięgnąć. Świat pełen był najrozmaitszych sił i mocy, które miały dostęp do ludzkiego wnętrza.

Konkludując, Taylor stwierdza, że w świecie „zaczarowanym” istniało „ja (self) porowate”, w wieku sekularnym zaś „ja” (self) jest – jak powiada – chronione buforami, opancerzone. „Ja porowate” było ranliwe, wystawione na działanie sił zewnętrznych – jak przez sito przenikały do jego wnętrza zagadkowe treści, czy nawet duchy, „ja opancerzone” z kolei polega wyłącznie na sile własnego umysłu, ustala znaczenia rzeczy, z którymi się zderza.

„Ja opancerzone” ma skłonność do separowania się od tego, co leży poza granicami jego umysłu – od świata natury oraz innych ludzi. Jest nieranliwe i wolne od lęku przed tym, co przychodzi z zewnątrz. A jednak, argumentuje, Taylor, „porowate ja” – choć niewątpliwie zabobonne i „niepełnoletnie” – pod pewnymi względami było lepiej wyposażone niż jego współczesny potomek. Jak się zdaje, także Miłosz z sympatią spogląda na owo archaiczne ja, przewrotnie widząc w nim pewniejsze medium prawdy o świecie, do czego jeszcze powrócimy.

Tymczasem jednak wspomnijmy o tym, co zdaniem Taylora stanowi o sile zabobonnego ja dawnych wieków. Kanadyjski filozof pisze o karnawale i jego sensie w ustabilizowanym porządku społeczno-religijnym. W ślad za Victorem Turnerem mówi o napięciu między „strukturą”, czyli przyjętym w danej wspólnocie kodem zachowań określających role społeczne i status poszczególnych jej członków, oraz „antystrukturą”, czyli możliwym zaprzeczeniem akceptowanego status quo.

Napięcie to ujawniane było na przykład w rytuałach karnawału, które pokazywały umowność kodu i immunizowały na utopijne wizje porządku totalnego. „Porowate ja” żyło w społeczeństwie wysoce hierarchicznym, ale raz w roku przepaść dzieląca króla od żebraka znikała; karnawał był fundamentalnie egalitarny, ujawniał wspólnotę („communitas”), która przynajmniej z założenia nie wykluczała nikogo. Wspólnotę, która sytuowała się poza – czy lepiej: ponad – „strukturą”.
 



[1] C. Taylor, A Secular Age, Cambridge (Mass.) 2007.

«« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama