Zabiorę się i pójdę… Odejście i powrót do miłości

Chcę powiedzieć o tym, jak podniosłem rękę na miłość, na moje małżeństwo. Podejmuję tę próbę z wieloma wątpliwościami: Czy należy się odkrywać? Czy nie zgorszę? Czy taki grzesznik ma prawo mówić na temat miłości, małżeństwa, wierności? . Zwłaszcza Miłosierdzie Boże ośmiela mnie do pisania. Zeszyty Karmelitańskie, 1/2007





Chcę powiedzieć o tym, jak podniosłem rękę na miłość, na moje małżeństwo. Podejmuję tę próbę z wieloma wątpliwościami: Czy należy się odkrywać? Czy nie zgorszę? Czy taki grzesznik ma prawo mówić na temat miłości, małżeństwa, wierności? To są naprawdę wielkie i bolesne dla mnie dylematy. Więc wyraźnie deklaruję: to, co mówię, dalej stoi na fundamencie wiary, która nie jest przecież nigdy i u nikogo monolitem. Ale jest. Zwłaszcza Miłosierdzie Boże ośmiela mnie do pisania. I dodam jeszcze, że pojawiające się dalej odwołania do Biblii wynikają z głębokiej i przemyślanej decyzji, z prób codziennego życia Pismem.

Odejście – porzucenie

Kilka lat temu odszedłem od Żony. Powinienem chyba powiedzieć: „porzuciłem Ją”. No właśnie, jak wiele zależy od słów. Wiem, to banalna refleksja, ale trudno, trzeba ją powtórzyć, bo się jej doznało na własnej skórze. Uprzytomniłem to sobie podczas rozmów z Żoną w czasie odchodzenia/porzucenia. Ja używałem tego pierwszego słowa, Ona – drugiego. Złapałem się na tym, że używam właśnie takich słówek, jak: „odejście”, „wybór innego życia”, „miłość do kogoś”. A jednak to było: „porzucenie”, „ucieczka”, „zdrada”. Porzuciłem więc Żonę na prawie pół roku.

Zaczęło się od tego, że po kilku latach małżeństwa zauważać zacząłem coraz mocniej, iż podobam się innym kobietom. Żyliśmy z Żoną w miłości. Niestety, nie mogliśmy mieć dzieci. Przyjęliśmy ten fakt. Nigdy z tego powodu nie było między nami napięć. No ale były te inne kobiety. Prawdopodobnie dlatego coraz mocniej zwracałem na nie uwagę, że z dzieciństwa i młodości wyniosłem strasznie niskie poczucie swojej wartości. Nie umiałem w naszym małżeństwie dostrzec tego wymiaru, który oznaczał, iż oboje z Żoną mamy wielką wartość i jako pojedyncze osoby i jako złączeni w jedno przez sakrament. Niesione przez życie trudne sytuacje w naszym związku, nieuchronne kłótnie, przypływy i odpływy egoizmu – wszystko to wywoływało u mnie jakieś gigantyczne załamania wiary siebie. Nie umiałem w takich momentach modlić się, nie przyszło mi też do głowy, że warto by skorzystać z fachowej pomocy – psychoterapeutycznej. Ucieczki szukałem w wpatrzonych we mnie oczach innych kobiet.

Najpierw były to spotkania na kawę, rozmowy, kino… Coś mnie trzymało z dala od jakichś radykalnych kroków. Przyszedł moment (wyjazd służbowy na dłużej), że rozmowy i przelotne spotkania przestały wystarczać. Ale one odegrały swoją smutną rolę. Wyrąbały ścieżkę do niejasnych kontaktów z kobietami, z którymi nie umiałem zawrzeć czystej przyjaźni. Pojawiła się kobieta, wydawało się, we mnie wpatrzona w sposób permanentny. Miała zresztą na koncie nieudane małżeństwo, w fazie rozpadu. Nie chcę tu jednak pisać o Jej kłopotach, bo po pierwsze: nie mam do tego prawa, po wtóre: nie chcę, by wyglądało to tak, że się jakoś usprawiedliwiam. Zdradziłem Żonę. Blado brzmi słowo „zdradziłem” wobec tego, co się wtedy działo w duszy. Tego piekła nie zapomnę nigdy. Porzucałem i wracałem do Tej, z którą zdradziłem Żonę. Spowiadałem się, modliłem, a potem popadałem w kolejne zdrady. W końcu postanowiłem z Nią być.
«« | « | 1 | 2 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie...

Reklama

Reklama

Reklama