Grzech, osad z kamienia

Zło, które czynimy i którego doznajemy, nie przechodzi przez nas bez śladu (podobnie zresztą jak dobro). Każdy grzech (lub doświadczenie zła) jakoś nas zmienia, i to bynajmniej nie na lepsze. Ich skutki odkładają się w nas kolejnymi warstwami, jak osad z kamienia. List, 11/2006




Nie tylko ciało

Jeszcze kilkadziesiąt lat temu, mówiąc o zdrowiu, odnoszono się prawie wyłącznie do ciała. Ten stan jednak zaczął się zmieniać wraz z rozwojem nauk o człowieku, z psychologią na czele: jesteśmy coraz bardziej świadomi, że człowiek jest psychofizyczną, i więcej jeszcze, duchowo-psychiczno-fizyczną jednością, a zdrowie ciała często uwarunkowane jest stanem ludzkiego „ducha”. Już legendarny stres może być takiego sprzężenia doskonałym przykładem.

W tradycji chrześcijańskiej świadomość, że także przestrzeń duchowa narażona jest na swoiste „choroby”, nie jest jednak niczym nowym. Nie przypadkiem sakrament pokuty i pojednania, wraz z sakramentem namaszczenia chorych, określone są w Katechizmie Kościoła Katolickiego wspólnym mianem „sakramentów uzdrowienia”. Można wskazać na dwa powody nadania im tego określenia. Po pierwsze w tradycji chrześcijańskiej grzech postrzegany był często jako choroba wnętrza człowieka. Nieco trudniej dojść do takiego skojarzenia, jeśli koncentrujemy się na pojedynczych grzechach wówczas postrzegamy je jako oddzielone od siebie sytuacje. Bardziej całościowe podejście do życia duchowego pozwala jednak dostrzec, że bardzo często poszczególne złe decyzje tworzą „system”, w którym osoba gmatwa się stopniowo coraz bardziej. One są jak nowotwór, atakujący coraz to nowe partie organizmu.

Bardzo jaskrawym przykładem może tu być zdrada małżeńska –zwykle zaczyna się od zaniedbania więzi, następnie pojawiają się dwuznaczne akcenty w relacjach pozamałżeńskich i kłamstwo pozwalające wmawiać sobie, a potem małżonkowi, że nic się nie dzieje... Wreszcie dochodzi do zdrady w sensie ścisłym, co znowu pociąga za sobą serię kłamstw, w które człowiek wikła się, nie wiedząc nawet kiedy. Ostatecznie, gdy przychodzi moment otrzeźwienia, człowiek „budzi się” przerażony tym, jak daleko zabrnął. W takich momentach doświadczamy grzechu, jako czegoś zupełnie obcego, czego nie powinno być, ale czego jednocześnie nie potrafiliśmy się ustrzec i pozbyć.

Podobieństwo do ciężkiej choroby ma jeszcze jeden bolesny wymiar: grzech prowadzi do śmierci. Jeśli mu się nie przeciwdziała, jeśli się go nie „leczy”, może człowieka doprowadzić do stanu ostatecznego odrzucenia Boga, innych i siebie. Nowy Testament nazywa taki stan „drugą śmiercią” (por. Ap 2, 11; 20, 6.14; 21, 8). W sakramencie pokuty i pojednania przebaczający Ojciec uderza w grzech, jak lekarstwo w chorobę, ratując ostatecznie nasze życie. Oczywiście tradycja chrześcijańska ową „śmierć” widzi przede wszystkim w płaszczyźnie duchowej. Jednak nieraz doświadczenie zła może doprowadzić człowieka do rozpaczy, utraty sensu życia, a nawet do prób samobójczych.
«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie...

Reklama

Reklama

Reklama