Coraz mniej prowincjonalni

Musimy przywyknąć do tego, że Unia Europejska jest sferą lojalnej współpracy, ale czasem także tarć interesów. Tymczasem media często wypowiadają się w tonie osłupienia samym faktem prowadzenia przez Polskę polityki na terenie Unii. Mam nadzieję, że to kiedyś minie, bo osłabia nas to na arenie europejskiej. Idziemy, 13 maja 2007




Jesteśmy bardzo zadowoleni z obecności w Unii Europejskiej. Popieramy nawet traktat konstytucyjny, którego nie znamy. Dlaczego Polacy, mający niemal przysłowiową niechęć do własnego państwa, polubili zbiurokratyzowaną UE?

Unia Europejska jest zbiurokratyzowana dla rządów i instytucji, które z nią współpracują bezpośrednio. Dla obywateli to najważniejszy wyraz polityczny świata zachodniego. Żadna część świata nie jest tak nasza jak Europa. W tej atmosferze Polacy deklarują poparcie nawet dla traktatu konstytucyjnego, ponieważ mają zaufanie do Europy. Wykazujemy się tu nadgorliwością. Unia Europejska bez traktatu konstytucyjnego będzie żyła. Jeśli zmienimy ten projekt dostatecznie, to możemy go oczywiście w przyszłości przyjąć. Jest i ciemniejsza strona tego zjawiska. Bezkrytyczny stosunek do Unii jest charakterystyczny dla społeczeństw, które mają niski poziom zaufania do własnego państwa. Jesteśmy dumni z Ojczyzny, wyidealizowanej w naszej pamięci, ale bardzo cierpko patrzymy na tę realną Polskę, jaką mamy dziś. Bierze się to m.in. z odrobinę prowincjonalnego przekonania, że liczba draństw czy skandali w polityce i życiu społecznym za granicą jest mniejsza, a Polska jest jakimś wyjątkiem na mapie świata. Tak oczywiście nie jest. Problemy wszędzie są te same.

Obecny polski rząd ma złą prasę krajową i zagraniczną, jeśli chodzi o poczynania w Unii. Dlaczego tak wypadamy?

Po części dlatego, że Polska jest krajem, który jasno okazuje przywiązanie do tradycyjnych wartości – rodziny, życia. I to nie w wymiarze tylko deklaratywnym, ale także w sferze prawodawstwa. To są wartości znienawidzone przez europejską lewicę, a więc i przez tę część prasy, która z nią sympatyzuje. Po części, karykaturę „nietolerancyjnej Polski” ułatwiają nieprzemyślane deklaracje niektórych polityków, którzy lubią na krajowym podwórku popisywać się równie pustymi co mocnymi deklaracjami. Tak było ostatnio w przypadku deklaracji ministra Orzechowskiego w sprawie ustawy o zakazie pracy homoseksualistów w szkołach. Puste słowa, bez żadnych konsekwencji, a cytaty krążyły po całej Europie.

I skończyło się rezolucją Parlamentu Europejskiego na temat homofobii w UE, w której wymieniona jest Polska!

Rezolucja dotyczy mglistych wypowiedzi ministrów Giertycha i Orzechowskiego, prostowanych przez premiera Kaczyńskiego. Odnosi się także do projektu ustawy, który nigdy nie powstał i nie powstanie. By uniemożliwić propagowanie homoseksualizmu w szkole, wystarczą bowiem obowiązujące przepisy. Cała centroprawica odmówiła negocjowania tej rezolucji, stojąc na stanowisku, że nie ma powodu, by Parlament wypowiadał się w tej sprawie. Zgłosiłem formalny wniosek o niedopuszczalność tej debaty, wsparty przez całą prawicę. Rezolucja ostatecznie otrzymała głosy tylko lewicy. Pęknięcie Parlamentu oznacza tylko jedno – dla prawie połowy posłów debata i rezolucja były instrumentalnym użyciem tej problematyki, po to, by uderzyć w konserwatywny rząd w Polsce. A na to nie ma powszechnej zgody nawet w PE. Okazuje się, że „homofobia" w polityce europejskiej lewicy oznacza dziś pałkę, której ochoczo używa się wobec każdego przejawu krytyki homoseksualnych postulatów, czy postaw. Jest to powoli instrument cenzury, która zakłada, że homoseksualiści są wyjęci spod demokratycznego prawa do krytyki.
«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie...