Zagadka chwalców Stalina

W fascynacji totalitaryzmem komunistycznym, podobnie zresztą, jak hitlerowskim, czai się moim zdaniem zagadka. Co więcej, podejrzewam, że lekceważenie owej zagadki przez ludzi, którzy tamtych czasów nie pamiętają – a to oni dominują w dzisiejszej debacie na ten temat – kryje się coś złowróżbnego. Więź, 2/2007




Z ust osób, których trudno nie szanować – mam tu na myśli przede wszystkim Zbigniewa Herberta i Gustawa Herlinga-Grudzińskiego – można było usłyszeć, że w przystąpieniu licznych intelektualistów do stalinizmu nie kryje się żadna tajemnica: ot, koniunkturalizm i lęk, nic prostszego. Nie wątpię, że tak też było. A jednak jako ostateczne wyjaśnienie wszystkich przypadków nie trafia mi to do przekonania. W fascynacji totalitaryzmem komunistycznym, podobnie zresztą, jak hitlerowskim, czai się moim zdaniem zagadka. Co więcej – podejrzewam, że lekceważenie owej zagadki przez ludzi, którzy tamtych czasów nie pamiętają – a to oni dominują w dzisiejszej debacie na ten temat – kryje się coś złowróżbnego. Zwalnia bowiem napięcie sumienia: każe sądzić, że skoro nasze intencje są czyste, to z pewnością nie będziemy nigdy wstydzić się swego dzisiejszego zaangażowania. Tymczasem jednym z moich ulubionych tekstów jest „Król Edyp” Sofoklesa. Pewnie dlatego ufność, że zło można wybierać tylko świadomie, wydaje mi się dziecinna. I zarazem niebezpieczna.

Zagadkę epizodu stalinowskiego w biografiach polskich pisarzy spróbowały opisać Anna Bikont i Joanna Szczęsna*. Opowiadają one o życiu Jerzego Andrzejewskiego, Tadeusza Borowskiego, Kazimierza Brandysa, Tadeusza Konwickiego, Wiktora Woroszylskiego i Adama Ważyka. Nie jest to jednak praca historyczna, ale polemika z dominującym dzisiaj w dyskursie publicznym przekonaniem, że aprobata dla komunizmu była plamą, której nie sposób zmazać. Dokładniej mówiąc: że mogło ją zmazać jedynie dołączenie do środowiska antykomunistycznej prawicy, czyli tego, które nie wywodzi się z KOR; z tego właśnie tytułu, jak przypuszczam, nie wypomina się na przykład stalinowskiej młodości profesorowi Jackowi Trznadlowi. Odrzucenie komunizmu powinno było oznaczać odrzucenie wszelkiej tradycji lewicowej, inaczej uznaje się, że nie nastąpiło wcale.

ODRUCH MORALNY

Utożsamienie lewicowości i komunizmu jest wielkim pośmiertnym zwycięstwem propagandy komunistycznej. Pamiętam, z jakim niedowierzaniem wysłuchałem słów profesora Lipińskiego z KOR, który podczas wykładu Towarzystwa Kursów Naukowych w Audytorium Maximum Uniwersytetu Warszawskiego jesienią 1980 roku zadeklarował, że jest socjalistą i właśnie dlatego sprzeciwia się komunizmowi. Ale miałem wówczas dziewiętnaście lat i czekały na mnie dopiero lektury ważnych książek, od „Rodowodów niepokornych” Bohdana Cywińskiego po Brzozowskiego i Abramowskiego. Wkrótce oczywiste stało się dla mnie, że w lewicowym buncie przeciwko niesprawiedliwości społecznej – jak to dziś brzmi! – wyrażał się kiedyś rzetelny odruch moralny i zacząłem z grozą rozumieć, jak demoniczną pokusą było podsunięcie totalitaryzmu w charakterze narzędzia, które ów odruch moralny mogło zaspokoić.


* Anna Bikont, Joanna Szczęsna, "Lawina i kamienie. Pisarze wobec komunizmu", Prószyński i S-ka, Warszawa 2006, s. 584.
«« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 | 8 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie...

Reklama

Reklama

Reklama