Biblię czytam po niemiecku

„Kim ja się czuję? Jak Niemcy przyjadą, to ja się czuję Niemką. No a jak tutaj jestem, a tutaj zostałam i umrę, to ja się czuję Polką. Modlę się po polsku, no ale znam Vater unser i inne modlitwy po niemiecku. Zdaje mi się, że ja się już przyzwyczaiłam po polsku. Ale Biblię czytam po niemiecku”. Więź, 2/2007




Weronika Zawada z domu Neumann urodziła się 30 kwietnia 1932 roku w miejscowości Tempelburg (obecnie Czaplinek) na Pomorzu [1]. Była drugim z sześciorga dzieci Erny (z domu Kunde) i Maksa Neumannów. II wojnę światową spędziła w Czaplinku, z którego – jako Niemka – została wysiedlona wraz z rodziną do Dobrzycy pod Koszalinem. Trzy lata później poślubiła Władysława Zawadę, zmarłego w tragicznych okolicznościach. Od roku 1974 mieszka w województwie lubuskim, we wsi Siecieborzyce.

ŻYDÓW CHYBA WYSIEDLILI

Reakcją na pytanie o miasto dzieciństwa jest przeciągłe „uuu”, zaraz potem dopowiedzenie: Tempelburg – to jest takie piękne miasteczko.

Erna i Maks Neumannowie mieszkali z gromadką dzieci w kamienicy, gdzie zajmowali cztery pokoje. Jak na ich możliwości, a i ówczesne standardy, łazienka byłaby zbyt dużym luksusem – myto się więc za firanką. Ubikacja znajdowała się na podwórku. Każdy wędrował do niej z osobistym krążkiem sedesowym.

Dopóki nie wybuchła wojna, życie małej Wery toczyło się w atmosferze prowincjonalnej sielanki: wypady na lody z ojcem (w pucharach, wiśnie lub śliwki na wierzchu), obrazki szkolne (ruda nauczycielka z kitkami), wakacyjne wyjazdy do Rakowa, gdzie nie byle jaką atrakcją były owce i kozy hodowane przez dziadków. Dziadek dziewczynki, ojciec mamy, pracował w fabryce zbrojeniowej, a babcia zajmowała się domem, który znajdował się kilka ulic dalej od kamienicy wnucząt. Rodzice taty mieszkali w Rakowie.

Raków mocno utrwalił się w pamięci kobiety: „Pamiętam tamtego dziadka, jemu było Friedrich, Fryderyk. On miał taki pokój, gdzie trzymał szable – tam nie wolno było wchodzić”.
Do dzisiaj nie wiadomo, co stało się z rodzicami ojca. Wszelkie poszukiwania, w tym również przez Czerwony Krzyż, nie dały żadnych rezultatów. A rodzice matki? Dziadek, wycieńczony pobytem w hitlerowkim obozie („Zamknęli go tam Niemcy, bo ja wiem za co? On nie był przeciw Hitlerowi”) zmarł tuż po wojnie w Republice Federalnej Niemiec. Babcia nie zaznała losu „wypędzonych”, umierając w jeszcze niemieckim Czaplinku.

Babcia z Rakowa przygarnęła dziecko, które znalazła w polu. Chłopiec został usynowiony. Miał na imię Krystian i był rudy jak marchewka; jego oczy – duże i niebieskie – pobudziły małą Werę do refleksji: „Ty jesteś prawdziwy Niemiec, bo masz niebieskie oczy”.

To Krystian nakłonił dziewczynkę do złamania rodzinnego tabu: „Chodź, pójdziemy do pokoju dziadka, zobaczymy, jak tam jest”. Weszli. A tam skóry zwierząt, broń na ścianach, haftowane przez babcię poduszki; w centralnym miejscu biurko – jak ołtarz. Mieli poczucie wtargnięcia do świątyni – fascynacja z domieszką elektryzującej grozy.

Kolejne wypady już w pojedynkę, no i za którymś razem przyłapanie przy próbie wdarcia się przez okno: „Dziadek złapał mnie za tyłek i krzyczy: «A, ty, cholera jasna, gdzie ty poszłaś?!» – «Dziadziuś, ja tylko chciałam tu zobaczyć» – mówię. – «To trzeba było mnie poprosić»”.
«« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie...