Bóg i teatr na antypodach...

Chrześcijaństwo zaczyna istnieć w świecie, w którym teatr odgrywa rolę religijną. Właśnie tutaj, w teatrze, człowiek doświadcza katharsis, a aktor traktowany jest niemal jak wysłannik niebios. Po ceremoniach religijnych wszyscy idą do teatru, aby dopiero tam przeżyć prawdziwe oczyszczenie, odrodzenie duchowe. Wieź, 5/2007




Szukając związków łączących teatr z chrześcijaństwem, trzeba pamiętać, że nie pojawiło się ono w pustce kulturowej, lecz w orbicie cywilizacji grecko-rzymskiej, która zdaniem niektórych myślicieli była największą cywilizacją, jaką stworzył człowiek* Z całą pewnością była o wiele doskonalsza od naszej, zwłaszcza w swoim wymiarze duchowym. Chrześcijaństwo zaczyna zatem istnieć w świecie, w którym teatr odgrywa rolę religijną – właśnie tutaj, w teatrze, człowiek doświadcza katharsis, a aktor traktowany jest niemal jak wysłannik niebios. Po ceremoniach religijnych wszyscy idą do teatru, aby dopiero tam przeżyć prawdziwe oczyszczenie, odrodzenie duchowe.

Chrześcijaństwo nie przechodzi obojętnie wobec istnienia tak wspaniałego instrumentu, który pozwala oddziaływać na człowieka i do swojej liturgii wprowadza wiele wzorców z teatru antycznego. Zwłaszcza w starożytnych liturgiach mamy do czynienia ze swoistą formą teatralizacji wydarzenia religijnego. Jest to bardzo widoczne w liturgii, jaką w pierwszych wiekach chrześcijaństwa sprawowano na ulicach miast – w Jerozolimie, Konstantynopolu, Rzymie czy Aleksandrii.

Miasto traktowane było wówczas jako jeden wielki obiekt sakralny, w którym z okazji różnych świąt odbywały się nabożeństwa i procesje do świątyni. Podczas drogi wiele się dzieje – śpiewane są pieśni, odczytywane odpowiednie teksty, odmawiane modlitwy. Całe miasto bierze udział w takim wydarzeniu liturgicznym. Szczególnie widoczne było to w Jerozolimie.

Pielgrzymi nie zawsze zdążali do świątyni, na przykład uroczystości chrztu Chrystusa celebrowano nad Jordanem. Z Jerozolimy, Betlejem czy Jerycha wyruszały nad Jordan procesje, które miały określony plan marszu – w odpowiednich miejscach zatrzymywano się na postoje, modlitwy itd. Nad Jordanem pątnicy brali udział w wielkiej ceremonii poświęcenia wód. Kiedy wspominano dobrego Samarytanina, udawano się pod Jerycho, żeby tam – na miejscu, gdzie była gospoda – świętować to wydarzenie. W dzień Przemienienia Pańskiego wspinano się na górę Tabor. Wszystkie tego rodzaju celebracje wiązały się z pewną teatralizacją tych wydarzeń. Warto pamiętać, że nawet duchowni brali w nich aktywny udział, wcielając się w określone role. Można zatem mówić o symbiozie teatru i chrześcijaństwa. Przyniosła ona wspaniałe rezultaty w sferze rozwoju pewnej świadomości liturgicznej chrześcijaństwa, które przejęło nie tylko tradycję starotestamentową, ale odwoływało się również do grecko-rzymskiej tradycji teatralnej. Wszystkie uroczyste wejście i wyjścia podczas chrześcijańskiej liturgii zapożyczono właśnie z teatru.

Drugim źródłem, z którego czerpał Kościół, był ceremoniał dworu rzymskiego, a następnie Konstantynopola. Dla wszystkich dworów europejskich ceremoniał ten stanowił niedościgły wzór dworskiego życia i zachowania się człowieka w czasie ceremonii w ogóle. Dwór bizantyjski był dworem par excellence związanym z teatralnym „rytem”, który objawiał się zwłaszcza w kulcie władcy – padano przed nim na twarz, na jego powitanie intonowano odpowiednie śpiewy, stosowano reflektory, które go oświetlały. Wszystko to miało bardzo istotny wpływ na Kościół, ponieważ był to również wzór, jak się zachować w sytuacji kontaktu z sacrum. Teatr świata antycznego był wszakże domeną sacrum. Później, kiedy chrześcijaństwo dokonuje teatralizacji swojej liturgii, zaczyna równocześnie dystansować się od teatru.

Przepisy z wczesnych wieków chrześcijaństwa na przykład zakazywały władcom i duchownym żenienia się z aktorkami. Brzmi to niemal jak dyskryminacja, warto jednak pamiętać, że w czasach Justyniana Wielkiego nie było aktorek w naszym rozumieniu. Wszystkie role – jak wiemy – grali wyłącznie mężczyźni. W tym przepisie prawnym chodziło w istocie o tancerki, które były równocześnie... striptizerkami. W tej sytuacji nietrudno się chyba dziwić, że domagano się, aby władcy i duchowni nie żenili się z przedstawicielkami tej profesji. Niestety, w tłumaczeniu starożytnych tekstów używa się słowa „aktorka”, mając na myśli tancerkę.


* Tekst stanowi skróconą wersję katechezy wygłoszonej 28 marca 2006 r. w ramach pierwszego cyklu Rekolekcji Teatralnych, zorganizowanych przez Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego. Tytuł i śródtytuły pochodzą od redakcji.
«« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie...

Reklama

Reklama

Reklama