Kufer.com

W gruncie rzeczy terminy „prawica” i „lewica” funkcjonują dziś jako zawołania bojowe i bez analizowania ich wiadomo z grubsza, kto pod którym się zwołuje. Rzecz idzie zatem o stosunek do tradycji patriotycznej i katolickiej. Więź, 7/2007




Wszedłem na strych, a tam, w samym kącie, pod grubą warstwą kurzu ukryty był drewniany kufer, którego od lat nikt nie otwierał. Nabrałem powietrza do płuc, a potem namacałem brzeg pokrywy i dźwignąłem ją. Przez chwilę jakbym znalazł się w międzygwiezdnej przestrzeni, wokół wirowały miliardy mikroskopijnych planet, które z ciemności wydobywał żółty krąg światła mojej latarki. Wreszcie zanurzyłem ręce w kufrze, pełen ekscytacji i obrzydzenia, należałoby się bowiem spodziewać tam fauny właściwej dla tego miejsca: pająki? stonogi? myszy? Tupotu łapek jednak nie usłyszałem, a owady, jeśli były, umknęły przede mną bezszelestnie. Pożółkłe papiery były śladem moich przygód z rozmaitymi książkami, które czytałem w czasie studiów i wkrótce po dyplomie. Zdziwiłem się, bo zdawało mi się, że to wszystko działo się niedawno, zaledwie wczoraj, a notatki, które wyciągałem, wyglądały jak rękopisy, oglądane przeze mnie kiedyś w Muzeum Literatury. Było zbyt ciemno, żeby to wszystko czytać; wybrałem kilka teczek na chybił trafił, przytuliłem je do piersi i ruszyłem powoli w stronę wyjścia.

Tak mogłaby wyglądać ta scena, gdyby rzecz działa się dawniej i dotyczyła kogoś innego. Tymczasem nie mam strychu, a przeprowadzając się wielokrotnie, utraciłem znaczną część papierów, którymi się zwykle w życiu obrasta. Przeżyłem jednak coś podobnego, choć w okolicznościach symptomatycznie odmiennych.

Szukałem jakichś swoich starych artykułów. Otworzyłem zatem szufladę biurka i wyjąłem z niej pojemnik na płyty CD. Pamiętałem niejasno, że wśród nich kilka zaznaczyłem jako „Archiwum”. Wrzuciłem najstarszą do laptopa. Zawierała dane z moich pierwszych trzech komputerów; nie wszystkie pliki chciało mi się ratować, ale najważniejsze wędrowały z peceta na pecet za pośrednictwem dyskietek, bo dopiero ostatni z nich miał stację CD. Niektóre były nieczytelne: po drodze zmieniałem edytory tekstów i zapomniawszy o konieczności konwertowania danych, pozbywałem się bezwiednie części z nich, w głębokim przekonaniu, że przecież fizycznie je ocalam. Teraz laptop pytał mnie głupio, jakim właściwie programem chcę je otworzyć, proponując mi dziesiątki możliwości; żadna jednak nie okazała się trafna. Niektóre otwierały się same, wysypując na ekran całe szeregi krzaczków, hieroglifów, a też ciągi normalnych liter, zapraszając do odgadywania rebusów.

«« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie...

Reklama

Reklama

Reklama