Credo Fronczewskiego

Fronczewski zaznaczył przy tym, że swoje wyznanie czyni w imieniu zmarłego. „Chcę powiedzieć za Ciebie, bo nie wiem czy zdążyłeś, bo byłeś zajęty żmudnymi przygotowaniami do podróży” – podkreślił. A potem powoli, dobitnie, odczytał uroczyście credo. Wieź, 6/2008



Wszystkie rodzime telewizje pokazały, jak Piotr Fronczewski żegnał Gustawa Holoubka w kościele św. Karola Boromeusza na warszawskich Powązkach. Wszystkie powtórzyły słowa: „Dziś ty jesteś zaproszony, a my oczekiwani”. Ale bodaj żadna stacja nie przekazała tamtego dnia niezwykłego, niemal mistycznego momentu, gdy aktor odmawiał przy trumnie przyjaciela mszalne „Wierzę w Boga”*. Fronczewski zaznaczył przy tym, że swoje wyznanie czyni w imieniu zmarłego. „Chcę powiedzieć za Ciebie, bo nie wiem czy zdążyłeś, bo byłeś zajęty żmudnymi przygotowaniami do podróży” – podkreślił. I dodał, że gest ten jest szczególnie ważny w czasach, kiedy podważa się istnienie Boga, kwestionuje boskość Chrystusa, a rzeczywistość próbuje się wyjaśniać tylko metodami naukowymi. A potem powoli, dobitnie, odczytał uroczyście credo. Kilkakrotnie zdawało się, że wzruszenie odbierze mu mowę. Skończył jednak dopiero, gdy dochodził do słów: Wyznaję jeden chrzest na odpuszczenie grzechów i oczekuję wskrzeszenia umarłych...



Wieczność, czyli wyrok?


Dwa może mało, a może bardzo znaczące fakty: milczenie kamer i przerwanie wyznania wiary na prawdzie o wskrzeszeniu umarłych. Kiedy myślałem o milczeniu kamer w dniu pogrzebu Gustawa Holoubka, nieodparcie przychodził mi na myśl pewien fragment z Encykliki „Spe salvi” Benedykta XVI. Papież stawia w nim diagnozę, że wiele osób odrzuca dziś wiarę, gdyż życie wieczne nie wydaje się im rzeczą godną pożądania. Nie chcą życia wiecznego, lecz obecnego, a wiara w życie wieczne wydaje się im w tym przeszkodą. Kontynuować życie na wieczność bez końca – jawi się bardziej jako wyrok niż dar. Oczywiście chciałoby się odsunąć śmierć jak najdalej. Ale żyć zawsze, bez końca – to w sumie może być tylko nudne i ostatecznie nie do zniesienia.

Wstrząsająca diagnoza. Wstrząsająca tym bardziej, że wyszła spod pióra papieża. Benedykt XVI nie byłby jednak sobą, gdyby nie szukał terapii. Terapia ducha rozpoczyna się zwykle od zastanowienia się, od refleksji. Tak ją prowadzi:

Przeżywamy – mówi - jakąś sprzeczność. Z jednej strony nie chcemy umierać. Z drugiej – cierpimy na zawrót głowy, myśląc o życiu w wieczności. Ta „podwójność w nas” – jak by napisała Kamieńska - rodzi głębsze pytanie: Czym w rzeczywistości jest życie? I co oznacza wieczność?

Są chwile, w których niejako to chwytamy. Tak – mówimy wtedy - to właśnie jest to! Prawdziwe życie takie powinno być. Ale najczęściej wiemy, że to nie jest to. Niemniej przeczuwamy, że prawdziwe życie, którego potem śmierć nie tknie, musi istnieć. Jest zatem w nas – powtarza Benedykt XVI za św. Augustynem – światła ignorancja (docta ignorantia).

Nie wiemy, czego prawdziwie pragnęlibyśmy; nie znamy tego prawdziwego życia; niemniej wiemy, że musi istnieć coś, czego nie znamy, a do czego zmierzamy. Nie możemy zaprzestać tego dążenia, a jednocześnie wiemy, że to wszystko, czego możemy doświadczyć albo zrealizować, nie jest tym, czego pragniemy.



* Uczynił to dopiero sporo dni później Jan Pospieszalski na zakończenie debaty z cyklu „Warto rozmawiać...”.




«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie... Pobieranie...