Mieli nawet wspólną choinkę…

„Zapomnij o Kresach” opowiada o masowym ludobójstwie dokonanym w latach 40. ub. wieku przez ukraińskich nacjonalistów z OUN-UPA na Polakach - mieszkańcach Wołynia i Małopolski Wschodniej. Przewodnik Katolicki, 15 marca 2010



Pan musiał zrobić ten film, prawda?

- Do tej sprawy po prostu nie można podejść z chłodnym dystansem. Bo zupełnie inaczej ogląda się „Ogniomistrza Kalenia” albo czyta „Łuny w Bieszczadach”, a inaczej słucha bezpośrednich relacji ludzi, którzy byli naocznymi świadkami tych wszystkich potworności, jakie miały miejsce na Wołyniu.

Kiedy więc zacząłem interesować się głębiej tematyką masowych mordów UPA na Polakach, jeździć na imprezy kresowe, poznawać środowisko kresowiaków, spisywać relacje świadków - niektóre naprawdę bardzo wzruszające i traumatyczne – czułem, że coraz bardziej wchodzę całym sobą w tamten świat. Opisy tych wszystkich wymyślnych tortur, zdjęcia zmasakrowanych dzieci. Wie pan, ja mam czteroletnią córeczkę…

Ja też...

- No właśnie...

Takim drugim imperatywem, który pchał mnie do zrobienia tego filmu, była niemal absolutna medialna cisza wokół ludobójstwa Polaków na Kresach. Podobne milczenie panuje zresztą także wśród polskich polityków. Zmieniają się prezydenci, premierzy, parlamenty, a cisza jak trwała, tak trwa. Stąd właśnie tytuł - „Zapomnij o Kresach”…

Zacząłem się zastanawiać: gdzie tu elementarny patriotyzm, gdzie polskość, gdzie pamięć o zmarłych? Dla mnie jest nadal zupełnie niepojęte, że z powodu jakiejś bieżącej strategii politycznej o jednym temacie można mówić, a o drugim już nie. Upominamy się o 20 tys. oficerów pomordowanych w Katyniu, a nie wspominamy o 200 tys. okrutnie zarżniętych naszych rodakach z Wołynia – w przeważającej mierze kobiet, dzieci i starców!

W końcu zrozumiałem, że trzeba zacząć o tym krzyczeć, bo mówienie nic już nie daje. Ten film jest właśnie takim krzykiem.

Bardzo głośnym, bardzo przejmującym i bardzo aktualnym, dodajmy…

- Przede wszystkim chciałem postawić akcent na jedną, niezwykle ważną rzecz - otóż dzisiejsi ukraińscy nacjonaliści, postbanderowcy, przy pomocy tamtejszych środków masowego przekazu, usiłują wtłoczyć w głowy społeczeństwa odpowiedzialność zbiorową całego narodu ukraińskiego, rozmywając przy tym swoją winę za mordy na polskiej ludności.

Tymczasem z owym radykalnym ukraińskim nacjonalizmem, którego uosobieniem jest, tak bardzo gloryfikowany dziś Stepan Bandera, utożsamiało się wówczas zaledwie ok. jednego procenta Ukraińców. Liczba żołnierzy i zwolenników UPA wynosiła tylko 100 tys. osób, z czego część i tak została wcielona tam siłą, na zasadzie „jak nie pójdziesz z nami, to ci powybijamy całą rodzinę”. Zaraz po wcieleniu do organizacji zmuszano zresztą nowego członka do dokonania zbrodni, wiążąc go z nią krwią. „Już jesteś nasz, bo widzieliśmy, jak zabiłeś „Lacha” - grożono.

Tymczasem nadal panuje obiegowa opinia, że przedwojenne Kresy Rzeczpospolitej były krainą wiecznej pożogi, trupów i wzajemnej nienawiści…

- Ja w zasadzie nie natknąłem się na żaden przypadek, w którym ktoś wspominałby o jakichś zatargach czy nienawiści pomiędzy Polakami a Ukraińcami. Było dokładnie odwrotnie – ze wszystkich relacji kresowian wyłania się obraz wspólnych zabaw, wesel, wzajemnych przyjaźni, koleżeństwa ze szkolnej ławki. Znam nawet opowieść o choince, która najpierw stała w domu polskim, a potem była przekazywana sąsiadom Ukraińcom, obchodzącym Boże Narodzenie, z racji kalendarza juliańskiego, później…



«« | « | 1 | 2 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama