Kwietniowa solidarność

Więź 5-6/2010

Ta wspólnota i solidarność miały trwać. Wkrótce jednak pękły. Podziały, podejrzenia i oskarżenia pojawiły się szybciej niż można było przypuszczać – jeszcze przed pogrzebami ofiar katastrofy. A rozkręcająca się kampania prezydencka pogłębia niepokoje.

 

Pierwszą reakcją było niedowierzanie. Przecież to niemożliwe, żeby runął na ziemię samolot, którym do Katynia leciał prezydent RP…

Szok ­– przyszedł zaraz potem. To nie tylko możliwe, to naprawdę się stało. A na pokładzie było tak wiele osób. I wszyscy nie żyją! Najpierw nie było nawet dobrze wiadomo, ile jest ofiar ani kto dokładnie zginął…

Żałoba – pojawiła się spontanicznie. Nie trzeba jej było oficjalnie ogłaszać.  Na liście pasażerów byli przecież: prezydent z małżonką, były prezydent RP na Uchodźstwie, wicemarszałkowie Sejmu i Senatu, najwyższe dowództwo wojskowe, rzecznik praw obywatelskich, prezesi NBP i IPN, wspaniali urzędnicy państwowi, parlamentarzyści ze wszystkich ugrupowań politycznych, rodziny katyńskie, kapelani wojskowi trzech wyznań, w tym dwóch biskupów. Wiele osób znanych, przynajmniej z ekranów telewizyjnych. I nieznani –  załoga samolotu, BOR-owcy…

Rozpacz – tym większa, im bliżej znało się ofiary katastrofy. Sam osobiście znałem, lepiej lub gorzej, kilkanaście osób, które zginęły. Bezradne pytania „dlaczego?”. Poszukiwanie sensu. Pierwsze próby odpowiedzi: że musi w tym być jakiś znak. Franciszkanin ze Smoleńska, celebrujący Mszę w Katyniu, mówił: „Co by Chrystus nam teraz powiedział? Nie kłóćcie się! Zjednoczcie się!”.

Wspólnota – wielkie zjednoczenie w bólu, w ciszy, w żałobie i skupieniu. Krakowskie Przedmieście błyskawicznie stało się sercem Warszawy i chyba całej Polski. Spontaniczna reakcja Polaków gromadzących się pod Pałacem Prezydenckim – niezależnie od przekonań politycznych i wcześniejszego stosunku do Lecha Kaczyńskiego – skupiła na sobie oczy kamer z całego świata. Wspólne przeżywanie bólu łączyło. Wyrazy współczucia i kondolencje napływały z wielu krajów. Nie tylko przywódcy polityczni ze świata składali kondolencje polskim władzom, lecz przede wszystkim – ludzie ludziom.

Nadzieja – tak wielka tragedia nie może nas nie zmienić. Wreszcie powinno być inaczej. Skoro śmierć połączyła tak różnych od siebie polityków, to może ich koleżanki i koledzy partyjni, którzy pozostali przy życiu, będą inaczej odnosić się do siebie nawzajem. Może już nie będą na siebie warczeć, zakładając wyłącznie złą wolę oponenta. Może dobro wspólne będzie ważniejsze niż partykularne interesy. Może wreszcie ku pojednaniu będą zmierzać także relacje polsko-rosyjskie – bo nie ma innej możliwości, skoro ponownie ziemia katyńska stała się miejscem polskiej tragedii

Ta wspólnota i solidarność miały trwać. Wkrótce jednak pękły. Podziały, podejrzenia i oskarżenia pojawiły się szybciej niż można było przypuszczać – jeszcze przed pogrzebami ofiar katastrofy. A rozkręcająca się kampania prezydencka pogłębia niepokoje.

Rozczarowanie– to uczucie dominujące kilkanaście dni po smoleńskiej tragedii, gdy piszę te słowa. Skąd ono się bierze? Może z mojej naiwności, że poczucie wspólnoty narodowej może trwać dłużej niż żałoba, że i w polityce, i w publicystyce dobro wspólne stanie się choć trochę ważniejsze niż dotychczas? Owszem, miałem na to nadzieję. Można to nazywać naiwnością, jeśli ktoś woli.

Ale przecież pamiętam dobrze wydarzenia z roku 1997. Najpierw było referendum konstytucyjne, a przed nim najostrzejsza polska kampania polityczna po roku 1989, w której normą były zarzuty o zdradę interesów narodowych czy „nową Targowicę”. Natychmiast po referendum przyjechał jednak do Polski Jan Paweł II, lejąc oliwę na wzburzone wody. Konflikt polityczny szybko stracił na znaczeniu, zobaczyliśmy go w innych proporcjach – do tego stopnia, że trzy miesiące później, po wyborach parlamentarnych, powstała koalicja złożona z sił, które stały po przeciwnych stronach sporu konstytucyjnego.

Po tragedii smoleńskiej też był moment oczekiwania na nową jakość debaty publicznej. Szybko jednak dały o sobie znać upiory. Z nową mocą pojawiło się zwłaszcza to, co najgorsze – dyskursy wykluczenia, które uznają inaczej myślących za wrogów ojczyzny albo za ciemnotę, z którą nie warto się zadawać.

Państwo umocnione

Ciekawe, że politycy, w moim przekonaniu, zdali ten egzamin, przed którym postawiła nas wszystkich smoleńska tragedia, lepiej niż publicyści.

 

«« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama