Nikt nie jest samotną wyspą

Sygnały Troski 6/2010

Kaja poczuła dziwny ucisk w sercu. Znów szef był ważniejszy niż ona. Schowała telefon do kieszeni, rozejrzała się wokół. Stała przed oszklonymi drzwiami ze znanym szyldem. Jak to się stało, że nogi przyprowadziły ją właśnie tutaj?

 

Wysypali się ze szkoły całą chmarą. Wesoło, z głośnym jazgotem i energią, której przed dzwonkiem im jakoś brakowało. Kaja jeszcze przez moment mogła czuć się częścią tej wielkiej szkolnej społeczności. Ale po chwili koledzy rozproszyli się na wszystkie strony, zostawiając ją na chodniku samą. Oparła się o rosnącą w pobliżu topolę, pozwalając, by lekki wiatr rozwiewał jej włosy i dźwięczał wesoło w uszach. Nie chciało jej się wracać do domu, do pustych ścian i zimnego obiadu zostawionego w lodówce. Może pójdzie do Kaśki i zabaluje u niej do rana? Ostatnio eksperymentowały nie tylko z alkoholami i Kai to eksperymentowanie niezwykle się podobało. Ale obiecała mamie, że już nigdy…

– Źle się czujesz? – nieznajoma kobieta zajrzała jej w oczy.

– Nie, skąd – wymamrotała zaskoczona.

– Jesteś taka blada. Odprowadzę cię do domu.

Kaja pokręciła przecząco głową.

– Czekam na kogoś – skłamała – proszę się nie niepokoić.

Kobieta uśmiechnęła się i odeszła, stukając głośno obcasami. Kaja odetchnęła z ulgą. Powinna odkleić się od tego drzewa, bo znów ktoś ją zaczepi. Ruszyła więc wolno przed siebie. Wokół trwało życie, ludzie omijali ją zaaferowani swoimi sprawami, a ona wśród tego ulicznego tłumu czuła się jak wyrzucony z morza szary kamyk. Nagle pomyślała, że może przecież zadzwonić do ojca.

– No co tam, córeczko? – tata odebrał telefon po dłuższej chwili.

– Dobrze, właśnie wracam ze szkoły.

– Stało się coś?

– Nie – zaprzeczyła gwałtownie – tylko tęsknię za tobą.

– Ja też, skowronku. Może wpadnę wkrótce na kilka dni. Co u mamy?

– Całymi dniami siedzi w restauracji. Wraca do domu po północy. W ogóle jej nie widuję.

– A weekendy?

– Tato, przecież wtedy jest najwięcej klientów.

– No tak – zreflektował się tata – ale bądź dzielna. Teraz muszę już kończyć. Szef nie lubi takich przerw w pracy.

Kaja poczuła dziwny ucisk w sercu. Znów szef był ważniejszy niż ona. Schowała telefon do kieszeni, rozejrzała się wokół. Stała przed oszklonymi drzwiami ze znanym szyldem. Jak to się stało, że nogi przyprowadziły ją właśnie tutaj? Weszła do środka lokalu. Niezauważona przez matkę przemknęła do swojego ulubionego miejsca w kącie sali. Stąd mogła ją spokojnie obserwować. Mama ubrana w kelnerski uniform prezentowała się niezwykle pięknie. Poruszała się z wdziękiem, rozsiewając wokół swój uśmiech.

Kaja zapragnęła nagle z nią porozmawiać. Pomachała ku niej ręką. Matka zauważyła ją. Podeszła do stolika.

– Mówiłam ci, żebyś tu nie przychodziła – syknęła, ukrywając złość pod sztucznym uśmiechem.

– Chciałam cię tylko zobaczyć – Kaja ukryła pod stolikiem trzęsące się ręce.

– Masz jakieś problemy? – matka popatrzyła na nią podejrzliwie.

– Mamo, czy ty mnie kochasz? – Kaja odważyła się na długo skrywane pytanie.

– Urabiam sobie ręce po łokcie, żeby ci niczego nie brakowało, a ty mi tu wyjeżdżasz z takim bezsensownym pytaniem.

Kaja spuściła głowę. Chciała coś odpowiedzieć, ale jakaś ogromna klucha pojawiła się jej w gardle. Po raz pierwszy poczuła tak ostry ból w okolicy serca. Wstała gwałtownie od stolika, zrzucając ustawiony na nim flakon z kwiatami. Matka rozejrzała się dookoła z lękiem w oczach.

– Oszalałaś? – prawie krzyknęła, schylając się, by zebrać roztrzaskane kawałki szkła i rozsypane kwiaty. – Jak masz się tak zachowywać, nie przychodź tu więcej.

Kaja wyminęła ją bez słowa i wyszła z restauracji. Niepotrzebnie obiecała matce, że skończy przyjaźń z Kaśką. Bo właściwie tylko Kaśka miała dla niej czas i coś, co pomagało rozproszyć wszystkie złe myśli. Kaja przyspieszyła kroku. Czuła to dziwne podniecenie, kiedy sięga się po zakazany owoc. Gdy mijała „swoją” topolę, zobaczyła przy niej tamtą kobietę. Stała i patrzyła gdzieś niewidzącymi oczami.

 – Może teraz pani trzeba pomóc? – Kaja zatrzymała się przy drzewie. Kobieta spojrzała na nią zaskoczona, ale chyba ją rozpoznała. Wytarła dłonią załzawione oczy.

– Obie chyba chorujemy na samotność wysp, nieprawdaż?

W sercu Kai coś drgnęło, otworzyło się.

– Mam nadzieje, że nie bezludnych – uśmiechnęła się ciepło. I zaraz później pomyślała o matce. Ona też nieraz miała takie smutne, niewidzące i pełne łez oczy…

«« | « | 1 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama