Plecami do Pana Boga

W drodze 6/2010

Zmuszanie do wiary jest bezowocne – wiara musi być świadomym, dobrowolnym wyborem każdego człowieka.

 

Jak rodzice przyjmują deklaracje swoich dorastających czy dorosłych już dzieci, które podejmują decyzję odejścia od Kościoła i wiary, w której zostały wychowane?

Czasami są zrozpaczeni, czasami zdenerwowani, czasami bezradni. Wiele zależy od tego, czy czują się winni tej sytuacji, czy mają jakieś wyrzuty sumienia. Dlatego, gdy przychodzą, nim cokolwiek im powiem, najpierw pytam o historię religijną ich domu. Jak było? Być może ich dzieci nie otrzymały wychowania religijnego, dobrego przykładu, trudno więc teraz mieć do nich pretensje, że wiara nie jest dla nich czymś ważnym. Życie religijne podlega bowiem takim samym prawom jak inne dziedziny naszego życia: jak inwestujesz, to masz. Jak zasiejesz, to zbierzesz.

Kiedy rodzice podnoszą alarm, kiedy przychodzą i proszą: „Niech ksiądz coś poradzi, niech ksiądz coś zrobi”?

Zazwyczaj pierwszym wyraźnym sygnałem ze strony dziecka, że w jego życiu religijnym dzieje się coś niepokojącego, jest odmowa przyjęcia sakramentu bierzmowania. Rodzice nie wiedzą, co mają robić, jak się zachować. Dla nich samych jest to niejednokrotnie kubeł zimnej wody na głowę. Stają przed pytaniem: Co jest? Dlaczego dziecko podjęło taką decyzję? Nierzadko te procesy idą przeciwlegle. Gdy dziecko potrzebowało przykładu rodziców, oni byli dość daleko od Kościoła, gdy dziecko dojrzało i w jego życiu religijnym pojawiły się wątpliwości, rodzice nagle spobożnieli i biją na alarm.

Można temu jakoś zaradzić? Wpływać na decyzję dziecka, próbować je nawracać?

Warto ten moment uprzedzić: rozmawiać z dzieckiem o jego wierze, o praktykach religijnych. Warto zapytać: dlaczego chodzi do kościoła, czy msza, na którą z nim idziemy, nie jest dla niego nudna, zbyt długa. Czy się modli, dlaczego się modli, kim jest dla niego Pan Bóg? Nie trzeba wstydzić się takich rozmów! Wtedy rodzic miałby szansę dowiedzieć się, czy jego dziecko ma jakiś problem, jakieś wątpliwości. Usłyszałby o tym wcześniej, a nie dopiero w chwili, gdy syn czy córka oświadcza, że nie pójdzie do bierzmowania. Zresztą odmowa przyjęcia tego sakramentu niekoniecznie musi być związana z buntem przeciwko Panu Bogu.

Młodzież traktuje przygotowanie do bierzmowania jako straszny ciężar, dodatkowy obowiązek, narzucony im przez dorosłych. Swoisty łańcuch u nogi. Młodzi często nie rozumieją sensu tego sakramentu. Podczas sprawowania sakramentu, przed biskupem powtarzają bezmyślnie słowa, których wyuczyli się na pamięć, a właściwie: których wyuczono ich na pamięć. I zaczynają się buntować. Ale często nie tyle jest to bunt przeciwko Panu Bogu, czy nawet przeciwko Kościołowi, ile przeciw metodzie katechizacji opartej na bezmyślnym zakuwaniu i natarczywym przymusie.

Niedawno przyszła do mnie 21-letnia dziewczyna, prosząc o przygotowanie do sakramentu bierzmowania. Jej prośba nie była związana ani ze zbliżającym się ślubem, ani z chęcią zostania matką chrzestną. Zapytałem więc, dlaczego chce przyjąć ten sakrament. – Bo wtedy, gdy moja klasa była przygotowywana, ja nie czułam się dostatecznie dojrzała, a teraz tego chcę! – powiedziała. Perełka! To jest dojrzałość chrześcijańska. Chyba można by jej udzielić tego sakramentu bez dodatkowych przy­-gotowań.

Jeśli jednak w życiu rodziny wszystko było w porządku, jeśli rodzice własnym przykładem przekazywali wiarę, a ich dziecko mimo to wybrało inaczej…

Wówczas przypominam rodzicom, co mówił św. Paweł o miłości: że miłość jest cierpliwa. Proszę ich, by mądrze i odpowiedzialnie przyjęli tę sytuację i nie wchodzili w rolę surowego policjanta. Bo pierwszym i najważniejszym zadaniem rodziców jest kochać swoje dziecko. Także wtedy, gdy zachowuje się ono inaczej, niż rodzice by chcieli.

Udawać, że nic się nie stało?

Nie udawać. Uszanować. Niedawno przyszła do mnie pewna kobieta i mówi tak: „Moja córka mieszka z mężczyzną, który jest niewierzący. Ślubu nie wezmą. Postawiłam sprawę jasno: ty możesz do mnie przyjść, ale bez niego. Ja do waszego domu też nie pójdę. To jest dom grzeszników”.

Była bardzo zdziwiona, gdy jej powiedziałem, że taka postawa względem własnego dziecka jest niechrześcijańska. Przypomniałem jej, że Pan Jezus jadł z celnikami i grzesznikami przy ich stole. I nie czekał, aż oni przyjdą do Niego, bo być może nigdy by nie przyszli.

Chrystus prosi nas, byśmy kochali człowieka, a nie czyjś bezgrzeszny wizerunek, który – dla własnej wygody – sami sobie stworzyliśmy.

 

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama