Grzechu nie nazywam cnotą

Przewodnik Katolicki 27/2010

Katolik to nie człowiek idealny, ale ten, który gdy popełni błąd potrafi się do niego przyznać, a grzechu nie nazywa cnotą. Nazywanie niegodziwości cnotą lub wolnością jest największym pomieszaniem współczesnego świata, w którym bardzo łatwo się zagubić, bo zło jest krzykliwe i łatwo się narzuca.

 

„Świat jest teatrem, aktorami ludzie” – mawiał angielski dramatopisarz William Shakespeare. Zacznijmy od ludzi. Pan jako aktor, ale i popularny komentator, prezenter, o aktorstwie w życiu codziennym mógłby chyba sporo powiedzieć. Dlaczego ludzie udają tych, którymi nie są?

– Człowiek ucieka się do udawania wtedy, gdy ciężko jest mu zmierzyć się z realnością świata. Z prawdą. Wtedy buduje sobie szklarnię. To dzięki niej chroni się przed nieprzewidywalnością życia. Czuje się bezpiecznie.

Drugą rzeczą jest to, że w życiu społecznym odgrywamy pewne role, od których nie uciekniemy. Wchodzimy w pewne konwencje. Raz występujemy w roli ojca, innym razem dyrektora, a jeszcze kiedy indziej kolegi, który gra w koszykówkę. Chodzi o to, że dana sytuacja narzuca nam pewien, określony rodzaj zachowania, który z wiekiem, stanowiskiem, naszym położeniem zmienia się. Pytanie tylko: czy to co gramy w teatrze życia codziennego przyjmujemy z pełną świadomością, czy jest to nam odgórnie narzucone?

Zakładanie masek dotyczy także, a może przede wszystkim religii i wiary, a właściwie stosunku do niej. Dlaczego tak wielu ludzi będących w mediach, ale i szeroko rozumianym show-biznesie wstydzi się swoich przekonań?

– Wszystko zależy od tego, jak człowiek głęboko wierzy. Czy ta jego wiara jest ugruntowana, świadomie wybrana, czy tylko odziedziczona. Czy jest ona źródłem mocy, treścią życia, czymś najważniejszym, czy tylko kłopotliwym dodatkiem, z którym człowiek się zgadza jedynie częściowo. W tym pierwszym przypadku człowiek będzie tą wiarą promieniował, bo ona dodaje mu sił; w drugim będzie zżymał się na przepisy, które w jego mniemaniu go ograniczają. Mówił, że Bóg to w zasadzie fajny gość, tylko żeby pewnych rzeczy nie zakazywał.

Nasza wiara ma wyraźny kontur i jest bezkompromisowa w egzystencjalnych stwierdzeniach, a to wymaga czasem konkretnego opowiedzenia się. Chociażby w kwestii obrony życia, które jest fundamentalną wartością. Takie opowiedzenie się albo będzie nas sytuować wewnątrz wiary, kościoła, albo spowoduje, że sami wyrzucimy się poza jej nawias.

Pan jasno deklaruje się jako katolik. Nie wstydzi się, nie zakłada maski. Mówienie o tym, w co się wierzy, czym żyje w środowisku, w którym jest co do tego jakiś niepisany opór, niechęć, to rzecz trudna?

– Trudna. Trzeba mieć rodzaj takiego wyczucia. Czasem nie warto reagować, ale gdy mamy do czynienia z jawną profanacją, gdy zmusza się nas do wystąpienia po złej stronie, to reakcja jest wręcz konieczna. Miałem kiedyś takie zdarzenie. W programie porannym w TVP miałem wraz z koleżanką porozmawiać z wróżką na temat wyborów parlamentarnych, a ona w konwencji żartu miała wywróżyć, jakie będą ich wyniki. Czułem, że uczestnicząc w tym, będę kolejnym, który przyłoży rękę do wbicia ludziom w głowy przekonania, że wróżenie jest niewinne i fajne. W związku z tym zgłosiłem swojemu szefowi, że choć nie decyduję o scenariuszu, nie chciałbym uczestniczyć w tej rozmowie, ponieważ wróżbiarstwo jest całkowicie sprzeczne z chrześcijaństwem i sądzę, że osłabia czujność katolików w podejściu do tego typu rzeczy. Szef powiedział, bym wziął udział w rozmowie, przedstawiając swoje zdanie. Zgodziłem się i kiedy przedstawiliśmy już tę panią, powiedziałem na antenie, że się dystansuję od wróżb, ponieważ jestem katolikiem i chrześcijaninem, a moja religia i wróżbiarstwo są ze sobą sprzeczne. Na to ona odpowiedziała mi, że ona też jest osobą wierzącą i że nie musimy się zgadzać ze wszystkim tym, co mówi Kościół. Odpowiedziałem jej, że czuję się tożsamy z Kościołem i jego stanowisko jest moim stanowiskiem. Zapytałem też, czy skoro wierzy, to czy modli się przed wróżeniem? Odpowiedziała, że nie. Zapytałem więc: „Co jest źródłem pani mocy i ponadstandardowej wiedzy?” Dyskusja się urwała. Potem koleżanka prowadziła rozmowę, a ja siedziałem obok. Nie poniosłem żadnych wyraźnych konsekwencji z powodu swojego sprzeciwu.

Składane deklaracje, wypowiadane słowa, w zestawieniu z tym, że kamery punktują to, czy postępuje się w zgodzie z tym co się mówi, może być szalenie ciężkim brzemieniem do udźwignięcia. Jak sobie Pan z tym radzi?

– To jest wypłynięcie na głębię. Ogromne ryzyko. Zdaję sobie sprawę, że mam pod tym względem dużą słabość. Polega ona na tym, że ktoś może mi zarzucić, że mam drugą żonę i żyję z nią w związku niesakramentalnym. Odpowiadam na to, że popełniłem w życiu pewien błąd. Nie nazywam go moim prawem ani wolnością, a właśnie błędem. Jego konsekwencję zresztą wciąż ponoszę – nie mogę przyjmować sakramentów. Z drugiej strony absolutnie nie nawołuję do tego, by Kościół akceptował rozwody, nie narzekam też, że Kościół podchodzi zbyt rygorystycznie do procedury stwierdzania nieważności małżeństw. Stoję na stanowisku nierozerwalności małżeństwa. Przyjmuję tę naukę, popełniłem błąd i ponoszę tego konsekwencje. Nie wyklucza mnie to całkowicie z Kościoła, w związku z czym jestem jego częścią. Zresztą popełniłem i wciąż popełniam mnóstwo błędów. Katolik to nie człowiek idealny, ale ten, który gdy popełni błąd potrafi się do niego przyznać, a grzechu nie nazywa cnotą. Nazywanie niegodziwości cnotą lub wolnością jest największym pomieszaniem współczesnego świata, w którym bardzo łatwo się zagubić, bo zło jest krzykliwe i łatwo się narzuca. Ludzie są pogubieni, bombardowani imitacjami, działaniami celebrytów. Są też na szczęście działania permanentne ludzi Kościoła, takich jak brat Albert, Jan Beyzym czy Matka Teresa, które pokazują do czego trzeba dążyć.

 

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...