Pani Ambasador o Ćwiczeniach duchownych

Życie duchowe 63/2010

Uczestniczyłam w różnych rekolekcjach, ale miały one charakter nauk głoszonych w kościele. I tutaj nagle taki przeskok. Bycie całkowicie sam na sam z Panem Bogiem, ale także – co bardzo trudne – cały czas sam na sam z sobą. Wspólne śniadanie z innymi rekolektantami, ale bez rozmów.

 

W jaki sposób po raz pierwszy zetknęła się Pani z „Ćwiczeniami duchownymi” św. Ignacego Loyoli?

Dzięki mojej przyjaciółce Hannie Gronkiewicz-Waltz. Spotykałyśmy się regularnie i kiedyś powiedziała mi, że wyjeżdża, zamyka się na tydzień i nie będzie mieć z nikim kontaktu. Powiedziała też, że bardzo tego potrzebuje, by nabrać duchowych sił. A wszystko to w czasie, kiedy była prezesem Narodowego Banku Polskiego. Podziwiałam ją. Wydawało mi się, że ja nie byłabym w stanie podjąć się tego. Po powrocie z kolejnych tygodni ignacjańskich Ćwiczeń opowiadała, jakie to dla niej ważne, i w którymś momencie zaproponowała, byśmy pojechały razem. Ona oczywiście odprawiałaby swój kolejny tydzień, ja zaczęłabym od początku.

Nie powiem, że od razu zareagowałam z entuzjazmem. Wahałam się. Szukałam wymówek: że wiele pracy, że nie mogę sobie na to pozwolić... Hanka jednak z konsekwencją, ale bez nacisku wywołującego bunt, mówiła: „Spróbuj”. Byłam wówczas ministrem sprawiedliwości. Miałam mnóstwo pracy, ale także wiele trudności. Ataki mediów. Nie wyobrażałam sobie, jak to będzie bez codziennego kontaktu z biurem. Oczywiście, rekolekcje miały odbywać się w ramach urlopu wypoczynkowego. Jedni jeżdżą na narty, a ja miałabym jechać na rekolekcje. Wiadomo jednak, że osoby na stanowiskach nawet w czasie urlopu chodzą z włączonymi telefonami komórkowymi. Tutaj natomiast była perspektywa zupełnego zniknięcia z przestrzeni publicznej na pewien czas.

Rozważałam to dokładnie i w końcu się zdecydowałam. Pojechałyśmy razem w lutym 1999 roku, do jezuickiego domu rekolekcyjnego w Częstochowie. Pamiętam, że było bardzo zimno. Powitane zostałyśmy jednak serdecznie i ciepło.

Jakie były Pani pierwsze wrażenia po przyjeździe na rekolekcje?

Na początku przedstawiono nam regulamin i reguły odprawiania rekolekcji. Zastanawiałam się, jak to będzie, skoro nie można w ogóle rozmawiać. Jedną z zasad tych rekolekcji jest bowiem milczenie. Wyjątkiem są tylko codzienne spotkania z ojcem prowadzącym, ale rozmowy z nim dotyczą odbytych medytacji. Już to było dużą próbą. Być tutaj z Hanką i nie móc porozmawiać, nawet wymienić rekolekcyjnych doświadczeń. Ale reguła była twarda.

Pamiętam też, że próbowałam negocjować, by wolno mi było wieczorem odsłuchać wiadomości z komórki i sprawdzić, czy nie ma czegoś ważnego. Mój kierownik duchowy patrzył na to niechętnie, ponieważ rozbijało to pewną całość: wybijało ze skupienia, otwierało na świat zewnętrzny i związany z nim niepokój. A przecież istotą rekolekcji jest właśnie wyłączenie się z tego świata czy od tego świata. W końcu z pewnym wahaniem kierownik duchowy powiedział, że jeśli muszę, to mogę sprawdzić, ale nie codziennie i tylko na zakończenie dnia.

Wzięłam sobie to do serca. Wróciłam do pokoju i zastanowiłam się: jeśli to wszystko ma mieć jakiś sens, to rzeczywiście reguły trzeba zaakceptować w pełni. Nie robić małego wyjątku, małej szczeliny do świata zewnętrznego, jaką jest odsłuchiwanie wiadomości. Zaczęłam więc od takiego prostego sposobu – mówiłam sobie, że pocztę odsłucham jutro, a nie dziś. Przesuwałam to przesłuchiwanie z dnia na dzień, aż doszłam do końca rekolekcji. I rzeczywiście udało się przez cały tydzień nie włączyć telefonu komórkowego. Potem okazało się, że ten tydzień był spokojny, żadnych sensacji, żadnego poszukiwania mnie. Zdziwiłam się nawet, że przez ten czas prawie wcale nie było wiadomości na komórce. Zrozumiałam zatem, że pora na rekolekcje była dobrze wybrana.

Czy wcześniej brała Pani udział w innych rekolekcjach?

Te rekolekcje były zupełnie inne od wszystkich poprzednich. Do tej pory nigdy nie brałam udziału w rekolekcjach zamkniętych z pełnym milczeniem. Uczestniczyłam w różnych rekolekcjach, ale miały one charakter nauk głoszonych w kościele. I tutaj nagle taki przeskok. Bycie całkowicie sam na sam z Panem Bogiem, ale także – co bardzo trudne – cały czas sam na sam z sobą. Wspólne śniadanie z innymi rekolektantami, ale bez rozmów. Widzi się twarze, ludzi, ale się z nimi nie rozmawia, nie wie się, kim są... To oznacza, że takie śniadanie szybko się kończy i każdy następny posiłek tak wygląda. Pozostaje mnóstwo czasu na rozważania, na refleksje, na medytacje według ścisłego ignacjańskiego planu.

 

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...