Wiara na emigracji

Wzrastanie 7-8/2010

W ostatnie wakacje wyjechałam razem z rodziną na wymarzony urlop za granicę. Cieszyliśmy się ogromnie, bo miał to być czas długiego i beztroskiego odpoczynku.

 

Do wyjazdu przygotowywaliśmy się już pół roku wcześniej, dlatego wydawało nam się, że pomyśleliśmy o wszystkim. Na miejscu mogliśmy zapomnieć o pracy, szkole, wszelkich problemach, czy kłótniach i wreszcie się odprężyć. Było tak, jak zaplanowaliśmy. Doskonale pod każdym względem. Dni spędzaliśmy na plaży, kąpiąc się w morzu i opalając w słońcu. Wieczorami z kolei bawiliśmy się w klubach i dyskotekach. Zwiedziliśmy niesamowite miejsca i kupiliśmy mnóstwo pamiątek. Trzy tygodnie wypoczynku upłynęły nam w bardzo szybkim tempie i wyjątkowo intensywnie. Chcieliśmy wykorzystać każdą chwilę pobytu i nacieszyć się nimi w pełni. Tak bardzo pragnęliśmy je zapamiętać, że zapomnieliśmy o czymś, co wtedy było dużo ważniejsze.

Nasze wakacje objęły dwie niedziele. Dni, w których zawsze całą rodziną udajemy się na Mszę. Dni, które jako katolicka rodzina całkowicie poświęcamy Bogu. Tymczasem, będąc na wakacjach za granicą, nikt z nas nawet nie pomyślał, że należałoby wybrać się do kościoła. Uznaliśmy, że skoro jesteśmy na urlopie, to odpoczywamy od wszystkiego, bez żadnego wyjątku. Swój błąd uświadomiliśmy sobie dopiero po powrocie. Postanowiliśmy, że taka sytuacja już się nie powtórzy, ale mimo to całe zdarzenie zaczęło skłaniać mnie do przemyśleń. A gdyby to nie był tylko kilkutygodniowy urlop, ale długoletni wyjazd w konkretnym celu?

Gestem

Ewelina ma 22 lata. Pochodzi z tradycyjnej, katolickiej rodziny i specyficznego, wiejskiego środowiska, gdzie wartości takie jak Bóg, wiara oraz religia zawsze odgrywały nadrzędną rolę. Dziś jest na drugim roku wymarzonych studiów, ale zanim do tego doszło, musiała zmierzyć się ze znaczącą porażką. Zaraz po ukończeniu liceum i zdaniu egzaminów maturalnych, złożyła swoje dokumenty na kilku wybranych przez siebie uczelniach. Niestety! W niedługim czasie okazało się, że w żadnej z nich nie uzyskała wystarczającej ilości punktów. Rozgoryczenie, które wtedy czuła oraz niechęć do tych, którym się udało sprawiły, że podjęła decyzję o wyjeździe z kraju. Szybko pożegnała się z rodziną i w mgnieniu oka znalazła się w Szwajcarii.

Kraj, do którego trafiła, zdominowany jest przez religie protestanckie, dlatego nie spodziewała się znaleźć tam wielu katolickich świątyń. Nie pomyliła się. Nie dość, ze najbliższy kościół znajdował się kilka kilometrów od miejsca, w którym zamieszkała, to w dodatku nie odprawiano tam żadnych Mszy.

– W domu bardzo często chodziłam do kościoła, nie tylko w święta, czy niedziele. Chodziłam, bo tak zostałam wychowana, ale przede wszystkim czułam, że to mój obowiązek. Kiedy wyjechałam, sytuacja się zmieniła. Aby móc uczestniczyć w odprawianej po polsku Mszy świętej, czy po prostu się wyspowiadać, musiałabym pokonać wiele kilometrów, które w przypadku braku samochodu stawały się barierą nie do pokonania. Poza tym, nie zależało mi tak bardzo, więc zazwyczaj odpuszczałam. Wtedy ważna była praca, nawet w niedziele.

Jednak mimo, że Ewelina świadomie zaniedbywała Boga, nigdy nie przestała wierzyć w Jego obecność. Po jakimś czasie zaczęło jej Go brakować. Pojawiały się problemy, a ona nie miała z kim o nich porozmawiać. Modlitwa w pokoju już nie wystarczała, dlatego coraz częściej odwiedzała protestanckie świątynie, a najchętniej pobliski cmentarz. Powoli odzyskiwała utraconą łączność z Bogiem. Każda taka wizyta dodawała jej też otuchy i była pewnego rodzaju powrotem do domu. Dzięki nim, nie tęskniła tak bardzo.

– Pamiętam sytuację, która utwierdziła mnie w przekonaniu, że nie wystarczy tylko wierzyć, by być prawdziwym katolikiem. Zrozumiałam, że przesłanie o dawaniu świadectwa swojej wiary ani na chwilę nie stało się przestarzałym sloganem. Pierwszego listopada, w dzień Wszystkich Świętych wybrałam się na wspomniany cmentarz. Liczyłam, że jeśli nie spotkam tam rodaków, to chociaż pomodlę się z miejscowymi. Jakie ogromne było moje zdziwienie, gdy wśród kilkuset grobów, tylko na jednym z nich palił się znicz. Jeden, jedyny znicz, a przy nim starsza kobieta z rękoma złożonymi do modlitwy. To był wstrząs. Ogarnął mnie wtedy niesamowity smutek i żal. Wstydziłam się za tych ludzi, którzy zapomnieli o bliskich i wstydziłam się za siebie, bo mi też wielokrotnie brakowało chęci do działań, wymagających odrobiny trudu.

Kiedy po roku Ewelina wróciła do domu, zdała sobie sprawę z tego, że za granicą nie była przykładem wzorowego katolika. Teraz regularnie uczestniczy w Mszach, chodzi do spowiedzi i pamięta o takich gestach, jak modlitwa za bliskich zmarłych. Gdy czasem z czegoś zrezygnuje, nie próbuje szukać fałszywych usprawiedliwień…

 

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

  • tella
    26.07.2010 13:19
    Przeszłam podobne załamanie wiary będąc na 3 miesięcznym stażu w Paryżu. Francuskie zazwyczaj puste, poza paroma staruszkami, kościoły zniechęcały mnie, polska parafia była daleko, pogoda zdecydowanie niezachęcająca do długich wypraw (był to okres jesienno-zimowy). Poczułam powiew "wolności", możliwość ucieczki od konwenansów i przestałam chodzić w niedziele do kościoła. Miałam uczucie pustki, ale jakoś nie połączyłam go z brakiem udziału we mszy św. Traf chciał, iż po zakończonym pobycie w Paryżu, mój staż obejmował kolejne 3 miesiące, tym razem w Egipcie, Kairze. Tam, wśród setek meczetów, codziennych wezwań muezinów do modlitwy, nagle poczułam się wyjątkowa, doceniłam to, że jestem katoliczką. Odkryłam, że jestem z tego dumna, że bycie chrześcijaninem, uczęszcanie we mszy św. wcale nie musi być oczywistością. W Kairze doznałam nawrócenia, odnalazłam mały kościół katolicki, i nagle nie miało dla mnie już znaczenia, że jest daleko, że jest tylko jedna - sobotnia msza św., w której mogę uczestniczyć (niedziela była dniem pracującym). Wiele się nauczyłam ze swojej historii i cieszę się, że moja "ucieczka" z kościołą trwała tak krótko.
  • konkluzja
    26.07.2010 21:53
    Spędziłam kilka lat w Belgii. Poznałam tam ludzi, którzy wiarą żyją na co dzień, nie tylko w murach Kościoła, którzy nie chwalą się szeroko swoim katolicyzmem, ale dyskretnie świadczą o obecności Boga, wśród ludzi różnych wyznań, religii, ateistów, agnostyków... Tam nikt nie krzyczy o wartościach chrześcijańskich, tam ci, którzy się za chrześcijan uważają, żyją po prostu Ewangelią. Nikt nikogo do wiary nie zmusza, ale też nie spotkałam nikogo, kto by czyjąś wiarę czy przekonania religijne wyśmiewał. Załamanie przeżywam po powrocie do kraju, widząc butę i arogancję naszych hierarchów i ideologizację wiary w Kościele. Na Zachodzie kościoły nie są tłoczne (może z wyjątkiem tych turystycznych), ale ci, którzy tam są - księża i świeccy - wiedzą, po co przychodzą i dla wielu (spośród niewielu) Bóg jest naprawdę kimś ważnym. Jeśli ktoś chce Go znaleźć, to znajdzie, czy w Polsce, czy gdziekolwiek. A obecne u nas w środowiskach kościelnych wieczne moralizatorstwo i ciągłe biadolenia, że gdzieś jest gorzej, (a nas super-jakżeby inaczej), bynajmniej do wiary nie zachęcają...
  • renata155
    29.07.2010 18:44
    a ja się zastanawiam,co by było gdyby nie było?..hehehe...bo polskiego kościoła ,nie było na pewno w pobliżu..moja zerowa znajomość angielskiego była(nadal jest) barierą przed wejściem w angielską społeczność..po za tym,nie wiedziałam jak to w angielskich kościołach jest?,może spotkam się z czymś całkowicie innym niż w Polsce?.może coś mnie zaskoczy?..może coś zrobię źle?..a może ,nie daj Boże ktoś się tam do mnie odezwie????..panika .. ;).
    --Chyba Pan Bóg uwzględnił moje ewentualne pożegnanie się z kościołem na obczyźnie,i dlatego "wylądowaliśmy" w sąsiedztwie angielskiego kościoła katolickiego,z polskim proboszczem przy ołtarzu...i chyba to,że był on pierwszym polakiem którego spotkaliśmy,i który niejako wziął naszą rodzinę pod swoją "opiekę"..uczestnictwo we mszach,spowiedź,i udział w życiu ,czy praca na rzecz parafii wedle naszych możliwości było naturalną koleją rzeczy..możliwość rozmowy z innymi polskimi księżmi(zwłaszcza w czasie wakacyjnym) gośćmi proboszcza..jest naprawdę miłym urozmaiceniem,i możliwością do ciekawych rozmów,jest też okazją do rozwinięcia wiedzy (tematy wiary,kościół polski,a kościół..choćby na Filipinach.czy misje w afryce,bo i stamtąd przyjeżdżają polscy księża i misjonarze).
    wydaje mi się bez tego "daru losu" w postaci ks.Józefa.moja rodzina ,kościół uważałaby za taki wakacyjny dodatek ,w wakacyjne przyjazdy do Polski
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...