Instrukcja (nad)używania symboli

Przewodnik Katolicki 36/2010

Wojna na symbole to najbardziej niszczycielska z bezkrwawych batalii. Bezlitosna, niebiorąca jeńców, zostawiająca głębokie rany. Wystarczy popatrzeć dziś na ulice Nowego Jorku i Warszawy.

 

Tam, gdzie w grę wchodzi szacunek dla symboli jakiejkolwiek grupy społecznej, religijnej czy etnicznej, a znaki pamięci wyrażają czyjś ból, tęsknotę i rozpacz, nie ma tak naprawdę miejsca na żadne błędy. Im większa zaś skala nieszczęść, tym grunt staje się bardziej grząski i tym łatwiej o pomyłkę. To dlatego tak trudno o utrzymanie „ciszy na trumną” w takim miejscu jak Auschwitz-Birkenau. Przerażająca rzeczywistość „największego cmentarzyska ludzkości” sprawia, że nawet najbardziej neutralne symbole nabierają tam zupełnie niespodziewanego znaczenia, a jeden nieopatrzny gest wywołuje lawinę wzajemnych pretensji, roszczeń i międzynarodowych reperkusji. Nieprzypadkowo ubiegłoroczna kradzież obozowego napisu „Arbeit macht Frei” potraktowana została jako coś więcej niż tylko zwykły złodziejski wybryk. W wielu komentarzach padało wręcz słowo „świętokradztwo”. To chyba dobre określenie stanu rzeczy. Owo pojęcie możemy zresztą potraktować jako najlepszy, bo uniwersalny klucz do zrozumienia uczyć wszystkich tych, których symbole są w jakikolwiek sposób lekceważone, szargane czy publicznie wyśmiewane.

Ikona niezgody

Zasada działania wszelkiego rodzaju symboliki jest tak naprawdę jedna i ta sama. Nieważne, czy chodzi o upamiętnienie ofiar kwietniowej tragedii smoleńskiej, budowę memoriału ku czci zabitych w ataku na wieże nowojorskiego World Trade Center z września 2001 roku, czy też tworzenie „widocznego znaku” poświęconego pamięci niemieckich wypędzonych. Różnią się jedynie formy symboli i cel, jaki ma przyświecać ich przywołaniu. Cała reszta bazuje na sile skojarzeń, wywołujących natychmiastowe pozytywne lub negatywne emocje. Bo symbol, który jest emocjonalnie obojętny i nie powoduje żadnych reakcji u odbiorcy, przestaje być tak naprawdę symbolem.

Gniew, oburzenie, wzruszenie, szok i cała pozostała paleta ludzkich reakcji może być przy tym ukierunkowana równie dobrze przeciwko, jak też i w obronie kogoś lub czegoś, dla wzniosłych spraw, ale i dla zupełnie trywialnych celów. Ot, choćby w reklamie. To nie przypadek, że największe światowe firmy wydają miliony dolarów na swoje logotypy, a każda, najmniejsza nawet, zmiana używanej symboliki traktowana jest jako poważna i niezwykle ryzykowna operacja biznesowa. Przedsiębiorcy, performersi i awangardowi artyści wiedzą bowiem doskonale to, czego cały czas nie potrafią pojąć zwolennicy rzucania symboli na barykady podjazdowych wojenek ideologicznych: symbolika w przestrzeni publicznej to arcyniebezpieczny miecz obosieczny. Niemal zawsze znajdzie się wszak ktoś, kto będzie kontestować dany symbol i dawać upust swoim przeciwstawnym emocjom.

I dlatego też bez trudu można znaleźć wspólny emocjonalny mianownik dla rzucania odchodami w pamiątkową tablicę pod Pałacem Prezydenckim, brutalnych przepychanek pod pomnikiem estońskich żołnierzy Waffen SS w Talinie, kontrowersyjnych kampanii reklamowych spod znaku United Colors of Benetton, jak i dla artysty krzyżującego publicznie żabę.

Krzyż do bicia

Im prędzej to dostrzeżemy, tym szybciej zrozumiemy, że w dzisiejszych czasach każdy, nawet najbardziej neutralny symbol może stać się kością niezgody i główną osią sportu ideologicznego, religijnego, lub – co gorsza – doraźnego konfliktu politycznego. I tak właśnie jest z krzyżem umieszczonym przed siedzibą Prezydenta RP. Okazuje się, że ów najważniejszy znak chrześcijańskiej tożsamości oraz symbol pamięci o zmarłych staje się w rękach zarówno jego „obrońców”, jak i „przeciwników” zarzewiem ogólnonarodowego sporu, doprowadzając do eskalacji przemocy na niespotykaną od dawna skalę! Co więcej, uczestnicy sporu z obu stron barykady zaczynają traktować krzyż nieomal jak oręż w walce – a to oznacza, że cały ten konflikt wykracza już daleko poza granice chrześcijaństwa.

Jakiś czas temu na łamach „Przewodnika Katolickiego” cytowałem zdanie hiszpańskiego kardynała Eduardo Martíneza Somalo, który stwierdził, że nie rozumie, „jak może przeszkadzać komuś krzyż lub ktoś, kto umarł, mówiąc: „Przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią” i prosząc o szacunek”. Święte słowa, tyle tylko, że w obliczu wydarzeń z ostatnich miesięcy okazuje się, że minęły już niestety czasy, kiedy krzyż uznawany był za wyjątkowy, uniwersalny, podlegający szczególnej ochronie symbol. Dziś, zdaniem wojujących ateuszy, niektórych polityków, a nawet sędziów forujących wyroki w sprawach światopoglądowych, tenże sam krzyż może „urażać”, a nawet „nękać” niemal tak samo jak swastyka czy sierp i młot. W konsekwencji uważają oni, że symbol cywilizacji chrześcijańskiej powinien zostać wyrzucony całkowicie z „idealnej”, aseptycznej pod względem wartości przestrzeni publicznej.

I tak się niestety dzieje na całym świecie. Nieważne, czy jest to warszawska ulica, ściana włoskiej szkoły, szyja stewardessy Brtish Airways czy pustynne wzgórze w rezerwacie Mojave w Południowej Kalifornii. W tym ostatnim miejscu Krzyża już zresztą nie ma. Postawiony tam w 1934 roku ku czci ofiar I wojny światowej został skradziony kilka miesięcy temu przez „nieznanych sprawców”. Na jego miejscu prawdopodobnie nie stanie już nowy krzyż, tylko – tak jak chcieliby tego protestujący ateiści – pomnik „niezawierający sekciarskiego symbolu religijnego”. I tak właśnie wygląda większość współczesnych memoriałów. Ot, choćby pomniki ofiar zamachów terrorystycznych w Londynie i w Madrycie. To minimalistyczne, przejmujące, skłaniające do refleksji budowle, być może nawet prawdziwe dzieła sztuki. Próżno jednak szukać na nich jakichkolwiek odniesień do religijności ofiar czy w ogóle do transcendentu - tak naturalnych przecież w obliczu ludzkiej śmierci.

 

«« | « | 1 | 2 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama