Czasem można nawet zabłądzić by dojść do celu

List 9/2010

Czasem angażujemy się w coś przekonani, że to jest nasze powołanie, że warto temu poświęcić swoje życie. Po drodze robimy wiele rzeczy, o których myślimy, że są błahe i nieważne. Możliwe, że kiedyś okaże się, że te „błahostki" były tym, co mieliśmy na tym świecie zrobić.

 

Ludzie mówią: „Znalazłem swoje powołanie", mając na myśli to, że są np. małżonkami albo osobami duchownymi. Wydaje się, że ktoś, kto znalazł swoje powołanie, ma już święty spokój.

Ja świętego spokoju nie znalazłem. Z chwilą wieczystych ślubów zrzuciłem po prostu balast rozterek związanych z pytaniami, gdzie jest moje miejsce w świecie i jaką drogą Bóg chce mnie prowadzić. Śluby wieczyste dodały mi sił, żeby iść na całość w życiu z Bogiem. W głos powołania trzeba się wsłuchiwać do końca życia. Początkowo, gdy jako kapłan rozpocząłem pracę w klasztorze, powierzono mi opiekę nad nowicjatem - funkcję submagistra. Nie za bardzo się w tym odnajdywałem. Wiedziałem, że zakon to moje miejsce, ale czułem, że bycie submagistrem, później magistrem, to jeszcze nie jest wszystko, co chcę w życiu robić. Wierzyłem jednak, że to etap drogi, który przygotowuje mnie do czegoś innego. Teraz, kiedy pracuję na Ukrainie, marzę, by założyć tam Dom Modlitwy. Nigdy tego marzenia nie nazywałem „głosem powołania", ale może właśnie w ten sposób się ono realizuje. Choć może być też tak, że w Niebie okaże się, że ważniejsze od założenia Domu Modlitwy były rozmowy z ludźmi, które odbywałem tak trochę przy okazji.

Czasem angażujemy się w coś przekonani, że to jest nasze powołanie, że warto temu poświęcić swoje życie. Po drodze robimy wiele rzeczy, o których myślimy, że są błahe i nieważne. Możliwe, że kiedyś okaże się, że te „błahostki" były tym, co mieliśmy na tym świecie zrobić.

Może powołanie to coś takiego, co mamy wewnątrz, z czym się rodzimy, taka drogocenna perła, którą mamy pokazać światu przez to, co robimy.

Powołanie rzeźbi i przemienienia mnie samego. W dodatku - i to jest zdumiewające - dzieje się to często przez zdarzenia i sytuacje, w których wydaje się, że poniosłem klęskę. Jeden z moich współbraci, o. Kalikst, otrzymał od Boga niezwykłą ilość darów, od tworzenia poezji i pieśni zaczynając, na projektowaniu różnych urządzeń mechanicznych kończąc. Kiedy był jeszcze klerykiem, o. Jacek Woroniecki, reformator naszego zakonu w Polsce, dał mu do sprawdzenia swoją ostatnią książkę. To, że wybrał akurat jego, świadczyło o tym, że już wtedy dostrzegł, jak bardzo Kalikst został obdarowany. A przecież Kalikst nie skończył żadnych faów. Przez większość swego zakonnego życia uczył w nowicjacie śpiewu, a my, bracia studenci, śmialiśmy się z jego sposobu dyrygowania. Patrząc po ludzku, jego talenty nie zmieniły świata. Można powiedzieć, że zakon zmarnował jego dary, a wiele mógłby dzięki nim osiągnąć. Kiedy jednak przyglądałem się o. Kalikstowi pod koniec jego życia, zobaczyłem w jego sercu perłę. Nie zmienił dzięki niej świata. Bardziej ona zmieniła jego, także przez trudności, jakich doświadczał. Właśnie w taki sposób święci naprawiają świat.

Czy istnieje powołanie do wykonywania konkretnego zawodu?

Na pewno istnieją trzy poziomy, na których może się rozwijać nasze powołanie. Pierwszy, o którym mówiliśmy, jest tym, co mnie przemienia do świętości. Drugi wiąże się z wyborem stanu, a na trzecim poziomie rozwijamy nasze talenty. Nie powinniśmy patrzeć na powołanie jak na jakąś predestynację: mogę robić tylko to, a do innych rzeczy się nie nadaję. Powołanie to spotkanie z Bogiem. Ważne jednak, żebyśmy podejmowali decyzje. Dziwi mnie, że teraz wielu przed tym ucieka. Spotkałem ludzi, którzy się kochają, żyją ze sobą, ale nie decydują się na ślub. Przez to wiele tracą, bo dopiero kiedy człowiek zaangażuje się w coś na całe życie, daje w tej relacji z siebie wszystko. Dopóki nie zdecydujemy, czemu chcemy poświęcić życie, źródło, które nie ma dokąd płynąć i zamiast przemieniać się w rwący potok, staje się zaczątkiem bagna. Chodzi o to, żeby nasze życie zyskało określony kierunek, by ta woda ze źródła znalazła ujście. Nie mówię, że to jest proste, ale człowiek jest tak skonstruowany, że kiedy ucieka od decyzji, staje się nieszczęśliwy.

A w jaki sposób podejmować takie decyzje, żeby nie popełniać błędu? Przecież nie wszyscy słyszą „głos z góry"...

Nie można za nikogo dokonać wyboru. Jak np. rozeznać, czy dwoje ludzi ma się ze sobą związać? Każdy musi sam poczuć, że to jest ta, a nie inna osoba. Mały Książę mówił: „To jest moja róża". Widział wiele innych, ale jego róża była wyjątkowa. Bo była JEGO różą.

Na początku nigdy nie mamy pewności, czy człowiek, który stoi przede mną, jest „moim powołaniem". Bywa że ludzie sami siebie oszukują, że znaleźli wybranka lub wybrankę. Zakochują się raczej w swoim wyobrażeniu o osobie, którą poznali. Do zbudowania głębokiej relacji nie wystarczy tylko poczucie bliskości czy przekonanie, że jesteśmy dla siebie stworzeni. Trzeba jeszcze nawiązać dialog. On pozwala stanąć w prawdzie, niszczy fałszywe wyobrażenia, jakie mamy na temat siebie i innych.

 

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama