Pan Bóg czeka na wszystkich

Tygodnik Powszechny 38/2010

Człowiek trafia do hospicjum w ciężkim stanie, spowiadam go z całego życia, chory przyjmuje sakramenty – i umiera po pół godzinie. Jak nie wierzyć w miłosierdzie, skoro ten człowiek przyszedł tylko na to jedno z Nim spotkanie.

 

Tomasz Ponikło: Jak wygląda Księdza pierwsze spotkanie z chorym?

Ks. Adam Trzaska: Codziennie, po przyjściu do hospicjum, pierwsze kroki kieruję na oddziały, by sprawdzić, czy przyjęto nowych pacjentów. W wypełnianej po przyjęciu chorego ankiecie sprawdzam rubrykę „wyznanie”, żeby komuś innego wyznania albo niewierzącemu nie proponować sakramentów. Od personelu dowiaduję się o stanie chorego. Z nowym pacjentem witam się przed Mszą św. Pytam, czy mogę mu w czymś pomóc, informuję o Mszy i zachęcam do przyjęcia Komunii. Jak nie chce Komunii, pytam o sakrament pojednania. Kiedy znów dziękuje, pytam, czy mogę przyjść za kilka dni. Jeśli dalej słyszę „nie”, pytam czy nie chce w ogóle czy w tej chwili. Staram się, żeby nić porozumienia została, żeby móc się chociaż o to pytać. Po dziewięciu latach pracy w hospicjum wiem, że każdy jest wolny i nie chcę tej wolności w ludziach niszczyć. Ale też wiem, że nie mogę być pewny, czy tego człowieka jutro zastanę.

Dlatego wizyta za kilka dni może być spóźniona.

To zwrot grzecznościowy, przecież będę tam następnego dnia. W każdym pokoju codziennie rozdaję Komunię. Wtedy pytam: czy dziś jest już ten czas. Są chorzy, na których czekałem nawet kilka miesięcy. Człowiek sam nie wie, dlaczego jedną osobę przyciska, choć tamta się broni, a czasem odpuszcza i po czasie wraca. Bóg widocznie sam kieruje tą pomocą.

Pomocą, czyli sakramentami?

Jestem przekonany, że oni wszyscy chcą sakramentów. Jedni mają większe lęki, inni mniejsze, a jeszcze inni – jakby tylko po to przyszli. 

Nie ma Ksiądz tremy, idąc do chorych?

Raczej nie, mam wrażenie, że przez własne kłopoty ze zdrowiem, które miewałem, oswoiłem się ze szpitalami, atmosferą panującą wokół chorych, także z ludźmi dotkniętymi cierpieniem. Pamiętam postać ks. Zbigniewa Puzyny. Mówiono, że w czasie seminarium zapadł na gruźlicę, nie chciano go wyświęcić, aż wreszcie zrobił to kard. Sapieha. „Dla jednej Mszy”, mówiono. A ks. Puzyna przeżył w kapłaństwie ponad 50 lat. Ze swojego okna widywałem go idącego z bursą do chorych. Krakowską parafię św. Szczepana podzielił na rewiry i codziennie szedł do chorych gdzie indziej. Kiedy sam zostałem księdzem, na swojej pierwszej parafii spytałem proboszcza, czy mogę chodzić do chorych w pierwsze piątki. „Parafia spora, 5 tys. ludzi, ze 60 km dróg w różne strony, trudno to objąć – tłumaczył mi – a poza tym ludzie nie chcą”. Ale przyszła rodzina pana Stanisława z prośbą o wizytę u niego w domu, co niedzielę. W trakcie kolejnych odwiedzin proszą: „Niech się ksiądz nachyli nad tatą”, a pan Stanisław słabiutkim już głosem mówi: „Bóg zapłać”. „Jeszcze do pana przyjadę”. „Do mnie ksiądz już nie przyjedzie”. I w tym samym tygodniu umarł. Potem zgłosili się kolejni ludzie. Odchodząc po pięciu latach, zostawiałem 40 osób chorych, które regularnie odwiedzałem z moim kolegą, drugim wikariuszem. Oni zobaczyli, że po wizycie księdza człowiek jeszcze nie umiera.

Bo ksiądz udziela ostatniego namaszczenia, więc potem może być już tylko trumna.

Księża są sami sobie winni, bo tak sakrament chorych nazywali, bo w kancelarii w księdze zmarłych widnieje taka rubryka i w tym kontekście o ten sakrament zawsze pytali.

Pacjentów w hospicjum również pytam, czy chcą, ale żebym przyszedł pomodlić się o ich zdrowie – mówię więc o tym, czym ten sakrament jest. Wtedy nikt nie odmawia. I tłumaczę, że przy każdym pogorszeniu, mogą mnie znów zawołać i możemy się znów pomodlić o ich zdrowie.

To nie grozi myśleniem, że w takim razie mają się poczuć lepiej?

Kiedy o to pytają, odpowiadam, że tak, choć dodaję, że nie wiem, czy poprawi się ich kondycja fizyczna, czy tylko będzie to wzmocnienie ich ducha. Byłem już świadkiem, że ludzie po sakramencie wychodzili z choroby, choć z punktu widzenia medycznego lekarze twierdzili, że zrobić nie da się już nic.

Był w hospicjum chory, który przyjął sakrament namaszczenia w stanie agonalnym, po poprawie przyjmował kolejne, aż zaczął wstawać z łóżka, uczyć się chodzić, i wyszedł z hospicjum zdrowy. Odwiedził nas na Wielkanoc, stanął przed dyżurką pielęgniarek i pokazowo – ten 60-latek – zrobił kilka przysiadów.

Albo dziewczyna na piątym roku studiów, guz mózgu. Nieustannie jęczała z cierpienia. Nie wiedzieliśmy, czy to wynik bólu fizycznego, czy psychicznego – z tęsknoty za rodziną, domem. Po lekach nie powinna czuć już bólu, ale jęk został. Nie chciała sakramentów, wołała mnie, rozpoczynała rozmowę, w pewnym momencie krzyczała: „wynocha”; akceptowałem to, wychodziłem. Kiedyś nastąpiła zmiana, przyjęła sakramenty. I nigdy więcej jej jęku już nie usłyszeliśmy. Pani doktor powiedziała mi wtedy: „Pierwszy raz zobaczyłam, że sakrament działa”. Dziewczyna na kilka miesięcy pojechała do domu, potem wróciła i zmarła w hospicjum.

Był też dwudziestokilkuletni chłopak, który zachorował na nowotwór. Za cel w chorobie miał przyjęcie bierzmowania, którego kiedyś zaniedbał. Zaraz po tym, jak odebrał z parafii metrykę chrztu, sparaliżowało go i trafił do hospicjum. Za zgodą biskupa udzieliłem mu sakramentu. I widziałem, że umiera spokojnie.

Mężczyzna, który wyszedł z hospicjum – to był cud?

Trudno mi powiedzieć, ale ludzie, którzy go znają, przyjęli to jako cud, jako Bożą ingerencję. Ale tu ważniejszy jest pokój, który pojawia się w ludziach po przyjęciu sakramentów, widać w nich zmianę duchową.

«« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama