Wiara, która wymaga

Tygodnik Powszechny 38/2010

Współczesny faryzeizm, zamiana moralności na „moralne oburzenie”, to przejaw moralnego bankructwa obecnej fazy chrześcijaństwa.

 

Podczas gdy religia na Zachodzie była w XIX w. – głównie pod wpływem Kanta – często redukowana do sfery etyki, charakterystyczną cechą obecnego „powrotu religii” jest ignorowanie etyki.

Nie mogę wyzbyć się podejrzenia, że jedną z przyczyn popularności wschodnich nurtów duchowych na Zachodzie jest fakt, iż liczni ich zwolennicy często „uprawiają” raczej coś na kształt sportu lub psychoterapeutycznych kursów osobistego wzrostu i samopoznania (zjawisk, które z kolei dla wielu innych ludzi na Zachodzie odgrywają rolę „religii zastępczych”), a więc coś, co wymaga wprawdzie pewnej radykalnej zmiany stylu życia i może z pewnością przyczynić się do ogólnej poprawy stanu zdrowia i „fitness” człowieka, jednak – w odróżnieniu od chrześcijaństwa – nie stawia praktycznie żadnych wysokich wymagań moralnych.

Pokój duszy

Do duchowego haremu dzisiejszego Zachodu religie Orientu mogą wejść przeważnie tylko wtedy, gdy poddadzą się wcześniej dokładnej kastracji moralnej. Czy jednak od tego rodzaju eunuchów – dróg duchowych traktowanych jako dodatek kosmetyczny lub środek higieny psychicznej – możemy oczekiwać jakiejś duchowej płodności?

Zdaniem Slavoja Žižka, tego niekonformistycznego marksisty i „materialistycznego teologa”, współczesna fascynacja świata zachodniego duchowością Wschodu jest rzeczywiście opium, rodzajem fetyszystycznej ideologii naszych „postideologicznych czasów” – ideologii obiecującej na drodze „wyzwolenia” i „niezaangażowania” zachowanie zdrowia psychicznego i równowagi w stresującej dynamice rozwoju technologicznego i zmian społecznych, których człowiek w społeczeństwie globalnego kapitalizmu nie jest w stanie już nawet śledzić, a tym bardziej mieć na nie wpływu. Fetysz, powiada Žižek, jest „wcieleniem kłamstwa, które umożliwia nam znoszenie nieznośnej prawdy”.

„Pokój duszy”, o którym współczesny człowiek sądzi, że może go przywołać za pomocą duchowych technik, jest równocześnie fetyszem, który pozwala zapomnieć, że człowiek ten nie ryzykuje żadnej prawdziwej transcendencji, że przeciwnie, pozostaje absolutnie konformistycznym przedstawicielem konsumpcyjnej cywilizacji technicznej, chociaż werbalnie ją odrzuca.

Ja także uważam, że współczesna zachodnia ezoteryka nie proponuje prawdziwej transcendencji, wyjścia z globalnego rynku i konsumpcji; przeciwnie, stała się konsumpcyjnym (i w swej a-moralności tanim) towarem na jego straganach. „Duchowość”, którą oferują drogi wyzute z jakiejkolwiek poważnej odpowiedzialności moralnej, nie może być źródłem nadziei, lecz jedynie fałszywej nadziei, iluzji, opium.

Jeden z największych znawców buddyzmu na Zachodzie brytyjski profesor filozofii buddyjskiej Paul Williams, który niedawno przeszedł z buddyzmu na katolicyzm, cytuje opinię buddyjskich mistrzów Wschodu (wyrażoną już także przez Chestertona), że wielu ludzi Zachodu, którzy uważają się za buddystów, w rzeczywistości praktykuje nie buddyzm, lecz zasady chrześcijaństwa, pozbawionego jednak tych cech, które dziś ludziom w chrześcijaństwie, a zwłaszcza w Kościołach chrześcijańskich, wydają się niesympatyczne. I ze swego własnego doświadczenia Williams dodaje: kiedy młodzi intelektualiści na Zachodzie wybierają między chrześcijaństwem a buddyzmem, często porównują to, co jest nieporównywalne. Ich wiedza o chrześcijaństwie pozostała przeważnie na poziomie szkolnego katechizmu, podczas gdy buddyzm dla nich reprezentują myśli filozofów buddyjskich, których z kolei większość ludzi praktykujących buddyzm w Azji w ogóle nie zna. Byłoby fair, mówi Williams, gdyby na drugiej szali można było położyć coś porównywalnego, np. dzieła Tomasza z Akwinu czy Anzelma z Canterbury; skoro jednak są tam dziecięce katechizmy, musi nieuchronnie – by nie rzec: walkowerem – wygrać „buddyzm”.

Pisząc o tym, nie mam jednak najmniejszego zamiaru przyłączać się do tych chrześcijan, którzy we wszystkim, co przychodzi ze Wschodu, czy to joga, czy zen, dopatrują się „działania diabła”. Głęboko cenię nie tylko prawdziwych mistrzów dróg duchowych, z którymi zetknąłem się podczas azjatyckich podróży, ale także wielu moich przyjaciół, którzy na Zachodzie próbują wcielić wartości owych dróg w kulturę zachodniego człowieka z taką samą uczciwością, z jaką z kolei wielu chrześcijańskich misjonarzy i azjatyckich czy afrykańskich chrześcijan stara się inkulturować Ewangelię w środowiskach niezachodnich. „Gdy uczeń jest gotowy, zjawia się Mistrz” – powiada jedno z przysłów jogi. Obawiam się jednak, że w dzisiejszym społeczeństwie zachodnim przeważają uczniowie nieprzygotowani, ciekawscy, którzy nie pragną ambitnej przemiany serca, lecz egzotycznych przeżyć – i że to pragnienie prowadzi ich nieuchronnie na rynek ezoteryki, pełen kiczu i fałszywych mistrzów.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

  • Damian907
    26.09.2010 10:20
    Wyjątkowo bzdurny artykuł. Zachodnich buddystów (czy ogólnie ludzi zainteresowanych duchowymi ścieżkami Wschodu) przedstawia się jako jakichś niedouczonych w tradycyjnej religii Zachodu (na jakiej podstawie??? Autor nie podał ŻADNEGO dowodu na takie stanowisko!), co więcej pomawia się ich jako jakichś płytkich hedonistów zainteresowanych jeśli nawet nie tylko "cudzołożeniem" z kim popadnie, to przynajmniej "duchowym materializmem" (na co oczywiście również nie podano ŻADNEGO dowodu).

    Innymi słowy, artykuł reprezentuje żenująco niski i niemerytoryczny poziom.

    Pozdrawiam,
    Damian
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama