Muzyka w dżungli

Wzrastanie 10/2010

Kilka razy oglądałem „Misję”, film Rolanda Joffe'a o tzw. redukcjach jezuickich w Ameryce Południowej. O tym, jak ewangelizowano Indian, jak zakładano tam pierwsze państwa i wprowadzano cywilizację.

Bardzo lubię ten film, długo myślałem, że najbardziej pociągające są w nim dialogi, trudne decyzje, jakie podejmują bohaterowie, powolne zmiany osobowości.

Zdarzyło mi się jednak obejrzeć to dzieło na śnieżącym telewizorze z nie najlepszymi głośnikami, chciałem odświeżyć sobie po prostu najcelniejsze kwestie. I wtedy okazało się, że dotąd nie uświadamiałem sobie, co najbardziej pociąga mnie w tym filmie. Jego największą zaletą są serie wspaniałych obrazów, malowniczych scenerii znakomicie uchwyconych przez obiektyw kamery i przepiękna muzyka.

Oczarowani

Kompozytor, Ennio Morricone, przyłożył się do zadania. Muzyka w „Misji” to nie jest tylko szereg ładnie połączonych dźwięków. Morricone nawiązuje do muzyki czasów, w których dzieje się akcja, obraca jednym tematem, raz w aranżacjach indiańskich, raz europejskich, jakby te kultury miały do siebie blisko, jakby wyrażały to samo innymi środkami.

Bardzo ważna scena filmu opiera się na muzyce. Pierwszy kontakt. Indianie robią wrażenie groźnych, to wojownicy znający las, potrafią się szybko przemieszczać, mają ze sobą broń myśliwską. Tymczasem jeden z misjonarzy gra. Spokojnie gra na oboju, widać po nim zdenerwowanie, ale nie przestaje ciągnąć swej łagodnej melodii. „Zwabia” Indian.

To bardzo realistyczna scena. Wrażliwi na muzykę Indianie rzeczywiście mogli podejść pod stanowiska przybyszów z Europy oczarowani pięknem barokowych kompozycji. I muzyka okazała się bardzo ważnym elementem ich nawracania. Przyjęli ją jako własną.

Dźwięk dla Indian ma znaczenie dużo większe niż dla nas. Choć gdyby się zastanowić to może zaskoczyć fakt, jak ważna jest muzyka dla współczesnych Europejczyków. Mówi się, że jesteśmy wytworem kultury obrazkowej, ale młodzież identyfikuje się ze swoimi grupami rówieśniczymi raczej muzyką niż filmami czy zdjęciami. Lecz Indianie w śpiewie widzą coś znacznie głębszego niż upust emocji. Postrzegają go raczej jako naśladowanie pierwotnego porządku świata; wymówienie imienia określa istotę człowieka, to nie tylko forma zawołania kogoś, wyróżnienia go z tłumu.

Rządy wirtuozów

Muzyka bardzo szybko docierała do koczowniczych ludów. Najlepiej oczywiście działa połączenie czegoś znanego z nowością. Szczególnie dobrze zatem reagowali na jezuickie śpiewy (na przykład w układzie dwóch chórów, jakiego nie znano w dżungli), ale w ich własnych, plemiennych językach, podobno potrafili godzinami, jak osłupieni, słuchać takich wykonań.

Prędko okazało się, że potrafią nie tylko słuchać. Zaczęli sami wytwarzać instrumenty i grać. I nie mówię tu o jakichś piszczałkach czy bębenkach. Indianie zaczęli produkować skrzypce, harfy, organy. Grali klasyczny repertuar naszego kontynentu, ale też przetwarzali go na swój sposób, zgodnie ze swoją wrażliwością. Powstawały orkiestry, miejscowe utwory i muzyka – nie tylko w przenośni – okazała się dawać władzę. Ale nie była to władza Europejczyków nad Indianami. Nie oto chodziło misjonarzom, by stworzyć państwo niewolników.

Jezuici (i inne zakony) zanieśli do Ameryki Południowej cywilizację i – przede wszystkim - wiarę w Chrystusa (słowo „redukcja” miało oznaczać „przyciągniecie” do Chrystusa, ale i do świata kultury). Indianie przyjęli jedno i drugie, ale nie bezmyślnie, przyjęli po swojemu. I – jako społeczeństwo rozkochane w muzyce – powiązali ją z rządzeniem. Nie traktowano muzyki jako jedynie środka uświetniania uroczystości, ale stawała się ona częścią systemu politycznego.

Umiejętności muzyczne pozwalały dostać się do odpowiednika naszej szlachty, tak zwanej „Familii”. Gdy co roku wybierano władze, jednym z insygniów przekazywanych następcom na redukcyjnych stanowiskach była batuta dyrygencka. A jedną z najbardziej prestiżowych pozycji była funkcja kapelmistrza.

Dziedzictwo

Niestety, cała ta kultura przeminęła. Zakonnicy zostali wygnani, państwa indiańskie się rozpadły. Następni przybysze do „Nowej Ziemi” przemocą torowali sobie drogę. Tubylcy porzucali dotychczasowe zdobycze kultury. Coś jednak zachowali.

W leśnej głuszy nie dało się wytwarzać skomplikowanych instrumentów, zwoływać orkiestr i grać koncertów, ale wśród Indian panowało przekonanie, że muzyka, jaka towarzyszyła im w redukcjach była ich własną, że to dziedzictwo, którego nie mogą się pozbyć. Uciekając przed białymi, zabierali ze sobą między innymi nuty i chronili je jak największy skarb.

Dziś znów dociera do nich powoli wiara katolicka. A misjonarze wyzyskują nieprzebrane bogactwa… Do dziś odnaleziono w rękach Indian ponad trzynaście tysięcy rękopisów muzycznych. Zapewne jeszcze wiele więcej ocalało. Indianie tak byli przywiązani do tego repertuaru, że jeszcze w XIX i XX wieku przepisywali te znaczki, już ich nie rozumiejąc, nie potrafiąc odtworzyć, ale z przekonaniem, że to coś niezwykle ważnego i stanowiącego podstawę ich tożsamości. Wystarczy sobie wyobrazić, ile trudu musieli wkładać, by żyjąc w szałasach, przemieszczając się z miejsca na miejsce zachować i przekazywać z pokolenia na pokolenie nietrwałe zapiski sprzed kilku wieków.

 

Redakcja składa serdeczne podziękowania Marcie Kwaśnickiej za materiały do artykułu.

«« | « | 1 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama