Osz to znaczy płow

Znak 9/2010

Podobno tą potrawą karmił swoje wojska Aleksander Wielki podczas długich eskapad do Indii. Od tamtych zamierzchłych czasów płow, będący dalekim odpowiednikiem polskiego bigosu, to narodowa potrawa wszystkich plemion środkowej Azji, zwłaszcza Uzbeków. Po prostu osz, czyli posiłek.

 

Płow to potrawa z ryżu i baraniego mięsa z dużą ilością kunduka (baraniego tłuszczu), cebuli, marchewki i ostrych przypraw. Ilość ryżu i marchewki w kazanie (tak nazywa się wielki żelazny garnek w formie misy ze ściankami mającymi ponad centymetr grubości; pojemność garnka – do 100 litrów) powinna być podobna – na przykład po pięć kilo; mięsa i cebuli może być po dwa kilogramy. Najpierw długo smażymy mięso, później cebulę i marchew, a dopiero potem dodajemy podgotowany ryż i – już na koniec – przyprawy. Zostawiamy to wszystko na godzinkę bez ognia, żeby „doszło”…

Taką porcją płowu (około 15 kilogramów) można nakarmić kilkupokoleniową rodzinę uzbecką. Podobną ilością częstujemy od czasu do czasu, zwłaszcza na Wielkanoc lub w czasie odpustu, naszą malutką wspólnotę parafialną w Angrenie. Podobno tą potrawą karmił swoje wojska Aleksander Wielki podczas długich eskapad do Indii. Od tamtych zamierzchłych czasów płow, będący dalekim odpowiednikiem polskiego bigosu, to narodowa potrawa wszystkich plemion środkowej Azji, zwłaszcza Uzbeków. Po prostu osz, czyli posiłek.

Ale Osz to również nazwa drugiego co do wielkości miasta w Kirgizji z ogromną liczbą mieszkających tam Uzbeków. Warto pamiętać, że – zgodnie z zasadą wszelkich dyktatorów (również Józefa Stalina): Divide et impera („dziel i rządź”) – miasto to „czerwoni” Uzbecy wielkodusznie odstąpili swego czasu Kirgizom. Tym samym „nawarzyli piwa” (a może raczej płowu) na kilka stuleci. To głównie stąd uciekają obecnie wystraszeni ludzie, porzucając swe domy. Pędzą na „uzbecką stronę” Doliny Fergańskiej w poszukiwaniu spokoju. Uciekają stamtąd, gdzie w połowie czerwca zamordowano ponad 200 osób i zraniono przeszło dwa tysiące. Liczbę uciekinierów szacuje się na 100 tysięcy.

Jeśli uważnie obejrzeć mapę trzech sąsiednich państw leżących w górach Tien-szan, zagadkowo wygląda splot, a raczej labirynt granic pomiędzy Uzbekistanem, Tadżykistanem i Kirgizją. Trudno pojąć, czym kierowały się władze Związku Sowieckiego, tak właśnie, a nie inaczej wytyczając granice dawnego Turkiestanu… Do Doliny Fergańskiej wybrałem się w ten gorący czas na prośbę księdza Józefa Świdnickiego, człowieka-legendy, misjonarza Syberii i Azji Środkowej. Przyjechał on w te strony jako jeden z pierwszych księży katolickich w roku 1975 – i zamieszkał w Duszanbe, stolicy Tadżykistanu. Obsługiwał wówczas siedem miast. Na początku lat 80. objął kilka placówek duszpasterskich na Uralu i w Zachodniej Syberii. W 1984 roku aresztowano go za posiadanie broszur o Fatimie. Wyrok był bezlitosny: osiem lat łagru. Zwolniony po trzech latach – między innymi na prośbę Margaret Thatcher – osiadł w Ferganie i zaczął dojeżdżać do Angrenu, Taszkientu i Samarkandy, odwiedzał również Osz i Dżalalabad w Kirgizji. Wszędzie, gdzie się pojawiał, powstawały wspólnoty katolickie, które funkcjonują do dzisiaj.

Prałat Świdnicki, mieszkający obecnie w ukraińskiej parafii Murafa pod Winnicą, postanowił w tym roku odwiedzić „stare kąty”, których nie widział od lat osiemnastu. Ja zaś miałem mu w tej eskapadzie towarzyszyć. Księdzu Józefowi pomagał też świecki teolog z Austrii, Gottfried. To on sfinansował tę podróż.

W piątek wieczorem zabrałem obu naszych gości z lotniska. Samolot z Biszkeku spóźniał się, bo właśnie w Taszkiencie zakończyło się zebranie prezydentów państw z Grupy Szanghajskiej. Tego samego wieczoru w Kirgizji zaczęły się krwawe zamieszki.

Gadaliśmy do północy. Przedstawiłem ks. Świdnickiemu plan naszej podróży. Prosiłem, żeby koniecznie odwiedził moją – i swoją (sprzed lat kilkunastu) – parafię w Angrenie. Niedzielę mieliśmy spędzić w Taszkiencie, w poniedziałek jechać do Fergany, a potem do Samarkandy.

W sobotę rano do Angrenu zawiózł nas znajomy taksówkarz, Erken, w połowie Kazach, zaś w jednej czwartej Uzbek i Tadżyk. Przez całą drogę toczyła się rozmowa o wojnie, a mądry Erken tłumaczył nam zgubne i zalegalizowane przez Stalina zaszłości pochodzące jeszcze z czasów imperialnej Rosji.

W Angrenie ks. Świdnicki odprawił Mszę przy świecach. Bo choć w tym mieście są złoża węgla oraz uranu i nawet dwie elektrownie, bardzo często odłączają nam światło. Paradoks? Cóż, nie bez powodu mówi się, że „Wschód to miejsce tajemnicze”.

Potem jedliśmy wyjątkowe danie: rybę marynkę. Występuje ona w górach Tien-szan. Ostatnio, z powodu pory deszczowej, trudno ją złowić w mętnej wodzie. Przez trzy tygodnie moi parafianie obiecywali, że ją zdobędą – i nareszcie to się im udało. Po powrocie do Taszkientu natomiast zdążyliśmy jeszcze na ucztę wyprawioną przez Koreańczyków.

Znając ekumeniczne hobby prałata Świdnickiego, w niedzielę rano zrobiłem mu niespodziankę i zawiozłem do kaplicy najpopularniejszej wspólnoty protestanckiej w Taszkiencie. Józef siadł w pierwszej ławce i jak stary charyzmatyk podjął pieśń chwały, którą śpiewała młodzież. Byliśmy tam zaledwie pół godziny. Ale kiedy opowiedziałem zebranym, kim jest ich gość, rozległa się burza oklasków. Okazało się, że dzień wcześniej przyszła do nich komisja z zamiarem zamknięcia kaplicy. Niedzielna obecność Księdza Prałata została przez protestantów odebrana jako akt solidarności z nimi.

 

«« | « | 1 | 2 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama