Życie chciane i niechciane

W drodze 10/2010

Potrzebna jest nam wrażliwość pozwalająca dostrzec, że od momentu powstania pierwszej komórki nowego organizmu chodzi już o kogoś. Kontakt z nim jest na razie niemożliwy – ani tu rozumu, ani woli, ani nawet ludzkich kształtów – tacy właśnie na początku jesteśmy. Ale jesteśmy!

 

Choć nasza moralna edukacja trwa całe życie, to z wiekiem coraz bardziej opornie przyjmujemy korekty naszego postępowania. Skąd się to bierze? Zapewne stąd, że dorosłość wiążemy z ukształtowanymi już poglądami, także moralnymi. Mamy swoje zasady, swoją wrażliwość, swoje opinie i przekonania, a wśród nich także i to, że zostały ukształtowane zręby naszej „moralnej edukacji” . Edukacja moralna niepodobna jest do innych obszarów zdobywania wiedzy, nawet tej praktycznej. Jej efektem nie jest bowiem przyjęcie przez wszystkich, którzy zostali jej poddani, jednakowo brzmiących norm wraz z ich treściową zawartością. Różnimy się, bywa, że kontestujemy zastany porządek, raz po raz uczestniczymy w debatach natury moralnej, które nie mają końca, ponieważ w dziedzinie moralności nic nie jest tak oczywiste jak w naukach formalnych czy przyrodniczych. Teoretyczne dywagacje nad prawami termodynamiki nie spędzają nam snu z powiek, ale to, co dopuszczalne, względnie niedopuszczalne moralnie, staje się przedmiotem dyskusji i zażartych sporów zarówno w salach wykładowych uniwersytetów, jak i na osiedlowych ławkach oraz u fryzjera. Im bardziej szczegółowe kwestie wchodzą w grę, tym większy „protokół rozbieżności”. I nie chodzi tylko o różnice między wierzącymi i niewierzącymi, w obrębie samego chrześcijaństwa pojawiają się różnice w interpretacji moralnie słusznych norm, spór o dopuszczalność metod invitro jest tego przykładem.

Włączamy się zatem do toczonych dyskusji jako dorośli ludzie o ukształtowanych już, aczkolwiek niejednolitych poglądach moralnych. Włączamy się, ponieważ mamy świadomość, że dotyczą nas one jako rozumnych i wolnych ludzi, a nie jako przedstawicieli jakiejś konkretnej profesji. Podchodzimy do tych dyskusji z bagażem naszych moralnych doświadczeń, przekonani o tym, że mamy w dyskutowanych kwestiach coś do powiedzenia. Powołujemy się na wiedzę i doświadczenie życiowe, a w miarę upływu lat wykazujemy coraz większą tendencję do powtarzania: „zawsze tak robiliśmy”, „tego jeszcze nie było”, „wszyscy wokół tak postępują”, „jak znamy życie, to nic z tego nie będzie” i tak dalej. Z irytacją przyjmujemy wytykanie nam moralnych błędów (chyba że drobnych) i musiałoby się doprawdy stać coś poważnego, żeby zmobilizować nas do moralnego przewartościowania naszego postępowania. Im zatem więcej uwagi poświęcimy naszej moralnej edukacji za młodu, tym większa szansa na prawość postępowania. Nawiasem mówiąc, chyba za mało dostrzegamy, jak wielkie znaczenie w naszym dorosłym życiu, które – zgodnie z ewangelicznym przesłaniem – powinno być nieustannym nawracaniem się, ma łaska Boga. Bez niej bylibyśmy zapewne „sztywni” jak raz odlany model.

Jeśli zaczynam od nawiązania do trudności związanych z moralną edukacją, to dlatego że wiąże się z nią budzenie moralnej wrażliwości, której brak nie czyni z nas od razu zimnych drani, ale w złożonych kwestiach natury moralnej pozwala nam wniknąć w problem głębiej, wykroczyć poza efekty dostrzegalne tu i teraz. Mówiąc jeszcze prościej: nie wszystko jest w rzeczywistości takie, jak nam się na pierwszy rzut oka wydaje, głębsza refleksja odkrywa czasem przed nami zupełnie niedostrzegane dotąd obszary…

Mając na uwadze potrzebę owej głębszej, ale mimo to pozbawionej abstrakcji refleksji, chcę się przyjrzeć niektórym aspektom dyskusji nad dopuszczalnością technik wspomaganego rozrodu; przyjrzeć z dystansu, ponieważ na temat samych technik powiedziano i napisano w ostatnich latach tak wiele, że trudno już czytelnika czymkolwiek zaskoczyć. A zacznę od tego właśnie, że ta debata toczy się na dobrą sprawę w polskiej rzeczywistości dopiero przez ostatnie dwa lata. Zdecydowanie za późno…

Dopiero…?

Powiedziałby ktoś: „lepiej późno niż wcale”. Niewątpliwie, ale nie sposób nie zwrócić uwagi na to, że od pierwszej udanej próby zapłodnienia in vitro (1978) minęły trzydzieści dwa lata, a od polskiego sukcesu w tym względzie, którego autorem był prof. Marian Szamatowicz (1987), upłynęło lat dwadzieścia trzy. W tym czasie doczekaliśmy się oficjalnego stanowiska Kościoła katolickiego (1987 – Donum vitae) na temat metod wspomaganego rozrodu, ale nie przypominam sobie, żeby wywołało ono w naszym kraju jakąś ożywioną dyskusję. Tymczasem coraz więcej było klinik prowadzących program zapłodnienia in vitro i coraz więcej dzieci, które urodziły się w następstwie metod wspomaganej prokreacji. Kiedy zatem w 2008 roku rozpoczęły się prace nad ustawą bioetyczną, metody in vitrobyłyjuż „zadomowione” w polskiej rzeczywistości. Protest Kościoła katolickiego przeciwko próbom wprowadzenia prawnych regulacji dopuszczających metody in vitro jest w świetle wypracowanej w Kościele doktryny zrozumiały, ale nagłośnienie całej kwestii pojawiło się zdecydowanie za późno. Nie twierdzę, że zainteresowani nie mogli do stanowiska Kościoła na temat metod wspomaganej prokreacji dotrzeć, przy dobrej woli na pewno mogli. Dyskusje na temat in vitro pojawiały się również przy okazji różnych konferencji, jednak ci, którzy na tę metodę się decydowali, prawdopodobnie w tych konferencjach nie brali udziału. Swoją wiedzę opierali na tym, co usłyszeli od przeprowadzających zabieg lekarzy – ci natomiast wypowiadali się na temat in vitro w samych superlatywach.

 

«« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama