Co to znaczy: dom?

Niedziela 45/2010

Zjawiają się przede wszystkim jesienią. Zlatują jak ptaki, by wymościć gniazda przed wykluciem się piskląt. Porzucone przez nieodpowiedzialnych partnerów. Czasem kierowane przez ośrodki pomocy. Innym razem wprost z ulicy. Brzemienne lub już z dzieckiem, czy nawet z kilkorgiem dzieci

 

Zabiedzone. Wystraszone. Nieufne. Bez domu, pracy, pieniędzy. Nierzadko po wyrokach. Trafiają do świeckich bądź kościelnych domów samotnych matek. Ale przychodzą głównie te, które zachowały jeszcze odrobinę nadziei i wiary, że uda im się zmienić swoje życie. Wybierają najczęściej domy samotnych matek znajdujące się pod skrzydłami Kościoła, bo jak podkreślają, tu chcą znaleźć wartości, których nie miały w domu. O domach samotnych matek zazwyczaj dowiadywały się na porodówce. Niekiedy pod kościołem, gdzie żebrały. Od księdza czy zakonnicy. Deklarują, że chcą rozpocząć nowe życie. Nauczyć się tego, co to miłość, odpowiedzialność. Najczęściej są podopiecznymi domów dziecka. Później często wychowankami młodzieżowych ośrodków wychowawczych. Przed ciążą miały swoich partnerów, którzy jakby się zmówili i po urodzeniu dziecka zniknęli.

Mogłem urodzić się pod mostem

Mama Jasia w połowie lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku przyjechała do pracy w warszawskiej hucie. Na podlaskiej wsi było ich pięcioro. Ona – najstarsza, więc rodzice mniej lub bardziej dosłownie zachęcali ją do szukania pracy poza wsią. W Warszawie zamieszkała w socjalistycznym hotelu robotniczym. Pracowała na trzy zmiany i dzień zacierał jej się z nocą. Jako dziewczyna bez rodziny pracowała niekiedy po szesnaście godzin na dobę, bo zawsze kogoś brakowało na zmianie. Później czasu i ochoty starczało już tylko na dancingi. Na jednym z nich poznała starszego od niej o dziesięć lat mężczyznę. Był przystojny i miał elegancki samochód. Stawiał dobre kolacje i zagraniczne drinki. Szybko zaproponował jej nową, dobrze płatną pracę. Okazało się, że był sutenerem... Zmuszana biciem, przez kilka lat pracowała jako prostytutka na warszawskiej Pradze. Załamał się jej dotychczasowy świat wartości. Nie dostawała pieniędzy. Niszczyła organizm wódką i papierosami. Kiedy zaszła w ciążę, przestała być „opłacalna”. Wyrzucona na początku „wolności” Polski, tułała się po mieszkaniach koleżanek prostytutek. Wstydziła się wrócić na wieś. Nie wiedziała, co robić, ale jednego była pewna: ciąża wyzwoliła ją z brudu, w którym tkwiła. Pewnego przedpołudnia, kiedy już od kilku dni nie jadła, bojąc się o dziecko, poszła do kościoła. Ksiądz wysłuchał jej opowieści. Zaufał. Dał adres i pieniądze na obiad oraz na bilet do Domu Samotnej Matki Towarzystwa Pomocy im. św. Brata Alberta w podwarszawskich Laskach. Stamtąd na kilka tygodni trafiła do szpitala. Znów wróciła do Lasek i w pół roku później, w czerwcu 1989 r., w pobliskim szpitalu Bielańskim urodziła swego pierworodnego – Jasia.

Jaś jest rówieśnikiem III Rzeczypospolitej. Od roku studiuje psychologię, aby w przyszłości pomóc sobie i jemu podobnym. Mieszka w akademiku. Nigdy nie miał domu. I nie marzy o nim, bo nie wie, co to znaczy. Boi się nawet mówić o własnym mieszkaniu. Powiada z gorzkim uśmiechem, że jest to jego największa skaza. Po chwili dodaje: – Tak naprawdę jednak to jestem o wiele bardziej „porąbany”. Boję się założyć rodzinę, bo nigdy jej nie miałem. Uciekam też od dziewczyn, bo kobieta nie kojarzy mi się z niczym dobrym. A mężczyzn po trzydziestce unikam. Podobno mój ojciec miał tyle lat, kiedy skrzywdził mamę – wyjaśnia Jaś. – Od jakiegoś czasu chodzę z tym do psychologa i ten zapewnia, że choć będzie ciężko, to jakoś mnie wyprowadzi z tej „choroby”. Jednak wygrałem los na loterii. Mama urodziła mnie w szpitalu, a nie na ulicy. Pod mostem.

Los matki Jasia jednak nie zakończył się szczęśliwie. Znów poznała starszego pana i choć nie był sutenerem, miał ładne mieszkanie i dużo dobrych chęci, by opiekować się Jasiem, to rychło okazało się, że jest alkoholikiem. Kiedy Jaś miał pięć lat i mówił już do starszego pana „tata”, ciepło rodzinne skończyło się. Pijani rodzice, wracając z nocnej potańcówki, zginęli pod kołami pociągu kilkaset metrów od domu. Jaś trafił do domu dziecka. Stamtąd do domu specjalnej troski, bo był dzieckiem nadpobudliwym. Dopiero w szkole specjalnej znalazł znakomitego nauczyciela, który podobnych jak on wyprowadzał na dobrą drogę. Odblokował Jasiową przeszłość. W ciągu dwóch lat chłopak zrobił całe gimnazjum. Później bez kłopotu zdał egzaminy do liceum. Maturę zdał z wynikiem bardzo dobrym.

Tu nie ma aniołów

Pedagog z kilkudziesięcioletnim stażem – pani Iwona Wiśniewska-Rudak jest od dwudziestu lat kierowniczką Domu Samotnej Matki Towarzystwa Pomocy im. św. Brata Alberta w Laskach. Opowiada, że dziś przekrój kobiet i dziewcząt, które znajdują się pod jej opieką, jest inny niż u początków tego domu sprzed blisko ćwierćwiecza. – Rzadko dziś trafiają dziewczyny ze wsi czy małych miasteczek, które jeszcze dwadzieścia lat temu były inkryminowane za urodzenie dziecka poza małżeństwem i musiały u nas szukać schronienia – mówi pedagog. – Dziś takie dziewczyny są akceptowane podobnie jak w dużych miastach. W naszym domu najwięcej jest samotnych matek, które przeszły przez domy dziecka. Sporo jest również tych z patologicznych rodzin, gdzie ojciec i matka czas spędzali głównie na piciu, a one nie miały żadnego wsparcia nawet w dalszej rodzinie. Bo i tam wszyscy pili. Są to bardzo zaniedbane dziewczyny, z dojrzałością emocjonalną dzieci, które pakują się w trudne sytuacje życiowe. Znajdują sobie nieodpowiedzialnych partnerów i rodzą kolejne dzieci. Bo nikt ich po prostu nie nauczył żadnego systemu wartości. Nigdy też nie były kochane. Nigdy nie były akceptowane. Nie mają też wykształcenia, więc trudno im o pracę.

 

«« | « | 1 | 2 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama