Wyspy szczęśliwe

W drodze 11/2010

Choćbyśmy byli bardzo blisko z innymi, w dobrych, serdecznych relacjach, to i tak w swojej najgłębszej warstwie pozostajemy sami.

 

„Nikt nie jest samotną wyspą” – głosi tytuł znanej książki Thomasa Mertona. Istotnie – gdziekolwiek spojrzeć, wszędzie ludzie, z którymi trzeba obcować, prowadzić dialog, wymieniać się gestami, słowami i rzeczami materialnymi, obdarowywać ich lub coś od nich przyjmować, dzielić się przestrzenią itd. Dla niektórych jest to oczywiste, dla innych stanowi źródło cierpienia, a jeszcze inni wpadają w paniczny lęk na samą myśl o tym, że ludzi wokół mogłoby zabraknąć.

Samotność jest jednym z tych tematów, które wywołują wiele emocji i o których niełatwo się rozmawia. Ba – trudno się nawet o niej myśli. Jest często społecznie piętnowana – kojarzona z egoizmem lub nieporadnością. Jeśli ktoś jest samotny, to znaczy, że nie chce lub nie umie budować relacji z innymi – zatem coś z nim jest nie tak. Mówi się o samotnych z lekką pogardą lub litością, a różne określające ten stan sformułowania nie budzą pozytywnych skojarzeń („samotny jak pies”, „sam jak palec” czy też dawniej często używane z odcieniem pejoratywnym: „stara panna” i „stary kawaler”). Nawet w Słowniku języka polskiego pojęcie „samotny” łączone jest zawsze z jakimś niedostatkiem: samotny to żyjący bez rodziny, przyjaciół, bez towarzystwa, znajdujący się na odludziu, zupełnie sam. Czyli – samotność to brak, ułomność i pustka. Czy rzeczywiście? A może właśnie przez takie negatywne podejście do zjawiska samotności tracimy coś cennego w naszym człowieczeństwie?

Wypełnić pustkę

Oczywiste jest, że samotność może mieć wiele obiektywnie złych aspektów: brak więzi z innymi, brak poczucia bezpieczeństwa, egoizm, egocentryzm, oderwanie od rzeczywistości, niemożność zaspokojenia wielu istotnych życiowych potrzeb.

Warto się jednak skupić na wartości, jaką jest umiejętność dobrego przeżywania samotności w różnych momentach naszego życia. Wynika to przede wszystkim z tego, że jest ona koniecznością i naturalnym elementem ludzkiej egzystencji. Choćbyśmy byli bardzo blisko z innymi, w dobrych, serdecznych relacjach, to i tak w swojej najgłębszej warstwie pozostajemy sami. Nikt nie może za nas czuć, za nas myśleć, przeżywać. Nikt, choćby był najbliższy i obdarzony wielką empatią, nie może w sensie dosłownym współistnieć z nami. Zawsze ostatecznie pozostajemy jedynie (aż?) z sobą.

Nieumiejętność akceptowania tego faktu prowadzi niejednokrotnie do budowania związków, których głównym, a czasem wręcz jedynym celem jest uniknięcie samotności. Wierzymy, że obecność drugiego człowieka uchroni nas przed nią definitywnie. Mamy nadzieję, że ktoś obok jest w stanie wypełnić wszelkie nasze pustki, zagłuszyć lęki, odsunąć zagrożenia, zniwelować braki, zaspokoić wszystkie potrzeby i nadać naszemu życiu sens. W ten sposób tracimy z oczu perspektywę odrębności włas­nej i czyjejś, tej wewnętrznej samotności, która pozwala na odkrywanie prawdy o sobie.

Lekcja samotności

Może więc powinniśmy wychowywać do samotności od wczesnego dzieciństwa? Nie mam tu absolutnie na myśli pozbawiania dzieci bliskości rodziców, rówieśników czy też emocjonalnego porzucania ich. Chodzi raczej o trening przeżywania samotności bez poczucia zagrożenia. Jest to niezbędne do tego, by w przyszłości dzieci umiały prowadzić konstruktywny dialog z sobą, docierać do swoich potrzeb i formułować je, podejmować dobre decyzje oparte na własnych przemyśleniach. Do tego potrzebna jest cisza, która nieodłącznie kojarzy się z samotnością.

Dobra cisza, w której mogę usłyszeć to, co najważniejsze, a przed którą współczesny świat ciągle ucieka, zagłuszając ją na wszelkie możliwe sposoby. Przy łóżeczku niemowlaka wieszamy grające zabawki, starszym dzieciom włączamy telewizor i gry, sami również nieustannie bombardujemy się bodźcami, które same w sobie nie są niczym złym (muzyka, film, telewizja, Internet, prasa, sklepy, obecność ludzi). Jednak ich nadmiar powoduje, że zamiast kontaktować się z sobą, kontaktujemy się głównie ze światem, czyli tym, co zewnętrzne. Nie wiemy, czego my chcemy, wiemy, co oferuje i czego chce świat. Jesteśmy zorientowani we współczesnych trendach i modach, gorzej ze świadomością dotyczącą własnego wnętrza. Wychowanie do samotności to ukazanie, że można nie bać się ciszy. Że można być razem, milcząc, zajmować się sobą, nie tracąc kontaktu z drugim człowiekiem. Że można spotkać się z sobą samym i czerpać z tego przyjemność. Kiedy bojąc się samotności naszego dziecka (najczęściej dlatego, że boimy się własnej), organizujemy mu ciągłe rozrywki i doznania, odbieramy mu okazję nauczenia się, że chwile spędzone z sobą w ciszy bywają bardzo cenne i twórcze. To w tej przestrzeni często rodzą się poważne refleksje, odkrycia i plany. Budzi się tożsamość. Rodzice źle się czują w sytuacji, kiedy dziecko oznajmia, że się nudzi. A może ta nuda – czyli brak bodźców – jest czasem potrzebna, właśnie po to, by w samotności odkryć, czego naprawdę w tej chwili potrzebujemy?

 

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama