Googleinteligencja i rozkwit kapitału społecznego

Znak 1/2011

Jak powinniśmy budować nasze kontakty międzyludzkie, aby rozwijały się w nici porozumienia, a następnie splatały się z nich więzi zaufania? Nasza próba zrozumienia kapitału społecznego zaczyna się, paradoksalnie, od deklaracji ufności w działanie podstawowego mechanizmu życia społecznego: ludzie, gdy tylko mogą, maksymalizują swoją własną korzyść

 

Wychodząc dziś na ulicę mogę być pewien jednego: osiem na dziesięć napotkanych osób patrząc na mnie nie czuje do mnie zaufania. Nasza wiara w to, że inni ludzie starają się być pomocni jest czterokrotnie słabsza niż w krajach skandynawskich. Takie obserwacje przyniosły niedawne badania European Social Survey oraz projektu Diagnoza społeczna 2009[1].

Czy do tego doprowadziło nas liberum veto, zabory, endecja, okupacja i komuna? Być może… Albo tacy zawsze byliśmy i jesteśmy. I nie potrafiła tego zmienić inteligencja lat 90-tych. Polska inteligencja polaryzuje się wzdłuż osi rozpiętej między dwiema formacjami, które można by nazwać „belwederinteligencją” i „googleinteligencją”[2]. Belwederinteligencja realizuje swoje funkcje życiowe w sposób do jakiego przywykliśmy obserwując „profesorskie” obyczaje na państwowych uczelniach, w resortowych i PAN-owskich instytutach badawczych, w gremiach centralnych komisji, naczelnych izb i korporacji. Jej „najbardziej poszukiwaną zaletą jest konformizm… Zamiast faktów i twórców, kocha tytuły i rytuały”.[3] Budując trzecią Rzeczpospolitą, zbyt zajęta albo hiperszlachetną ideowością, albo politykierstwem i lustracyjnym rozdrapywaniem własnych blizn, belwederinteligencja nawet nie wiedziała, że powinna pracować nad wzmacnianiem kapitału społecznego. A nie wiedziała, ponieważ tworzenie kapitału społecznego nie zgadzało się ze sztywną, folwarczną „kulturą organizacyjną” (jakby powiedzieli specjaliści od nauk o zarządzaniu) uczelnianych i PAN-owskich wież z kości słoniowej, w której nasi opozycyjni belwederinteligenci wyrastali i poza którą nie potrafili wyjść. Czy oznacza to koniec życia pro publico bono i społecznych zrywów? Na szczęście nie.

Googleinteligencja to pojęcie, którego z lekkim przymrużeniem oka można użyć do opisania nowej jakości życia społecznego. Jest synonimem wyzwolenia z okowów hierarchii i gorsetów społecznych konwenansów - to nowy sposób na bycie inteligentem. Dla googleinteligenta nie jest żadnym problemem znaleźć tyle informacji ile mu potrzeba, samodzielnie przeanalizować dane i wyciągnąć wnioski. Cała wiedza jest „na kliknięcie” – rozsiana w bazach danych i dostępna dzięki słowom kluczowym i wydajnym algorytmom przeszukiwarek. Za Ralphem Waldo Emersonem, popieram pogląd Napoleona, że „żołnierz powinien otrzymać swój przydział kukurydzy, zmielić ją w swoim ręcznym młynku i samemu upiec swój chleb”[4]. Każdy googleinteligent sam decyduje o tym poprzez jakie medium i wygłasza swoje poglądy, a technologia informatyczna jest katapultą, a nie barierą.

Grzybnia zaufania

Zadziwiająco złożone zjawiska społeczne mogą być konsekwencjami prostych zachowań lub reakcji osobniczych[5]. Pozwala to wierzyć, że wystarczy wpłynąć w odpowiedni sposób na zachowania pojedynczych ludzi, a kapitał społeczny na poziomie społeczności lokalnej rozkwitnie. Ale jak to osiągnąć?

Społeczeństwo wtedy jest silne i zdrowe, gdy przerośnięte jest grzybnią zaufania – jej strzępki symbolizują interakcje pomiędzy ludźmi; przepływa nimi nasza wiedza o tym jak zachowywaliśmy się wobec siebie. Życie tej grzybni polega na nieustannym tworzeniu i obumieraniu owych strzępek łączących ludzi. Obumierania nie da się uniknąć ani zakazać, a tworzenia nie da się zadekretować, tak jak nie można zaprzyjaźnić się na siłę. Chodzi o to, aby proces obumierania był wolniejszy niż rodzenia. A wszystko sprowadza się do wzmacniania relacji opartych na pomaganiu konkretnym ludziom, a nie urzeczywistnianiu wzniosłych idei.

Jednym z założeń akcji „Szlachetna paczka” Stowarzyszenia Wiosna księdza Jacka Stryczka z Krakowa jest precyzyjne dopasowanie potrzeb beneficjentów z ofertami benefaktorów. Działania „w realu” wolontariuszy zbierających informacje o potrzebach rodzin ubogich (czyli potencjalnych odbiorców aktów altruizmu), połączone są z działaniami „w wirtualu”, gdzie uaktywniają się darczyńcy (czyli osoby pomagające konkretnej rodzinie) i dobroczyńcy (sponsorzy finansowi). Działania dobroczyńców nie są wprawdzie skierowane na konkretnego odbiorcę, ale za to – na bardzo konkretną organizację i akcję. Nie ma tutaj losowości i anonimowości akcji masowych, a jest, nastawiona na żywych ludzi, socjotechnika w najlepszym sensie tego słowa. Na pożywce z takich działań, grzybnia zaufania rozrasta się.

Wet za wet?

A więc, jak powinniśmy budować nasze kontakty międzyludzkie, aby rozwijały się w nici porozumienia, a następnie splatały się z nich więzi zaufania? Nasza próba zrozumienia kapitału społecznego zaczyna się, paradoksalnie, od deklaracji ufności w działanie podstawowego mechanizmu życia społecznego: ludzie, gdy tylko mogą, maksymalizują swoją własną korzyść. Dopiero gdy wiem, że za twoimi działaniami nie stoi nic innego niż za moimi własnymi poczynaniami, mogę zacząć proces budowania mojego zaufania tobie.

 



[1] J. Czapiński, Kapitał społeczny [w]: Diagnoza społeczna 2009. Warunki i jakość życia Polaków,  red. J. Czapiński, T. Panek, str. 270-280. Warszawa: Rada Monitoringu Społecznego, 2009.

[2] Zob. moje teksty: Googleinteligencja, czyli wołanie o nową merytokrację, „Rzeczpospolita“, 1-2 grudnia 2007; Rozpędzić uczelniane stadka, „Rzeczpospolita“, 27 listopada 2008.

[3] R. W. Emerson, Self-reliance, 1841, tłum. MJ.

[4] R. W. Emerson, Ibid., tłum. MJ.

[5] Układy złożone w naukach społecznych, red. A. Nowak, W. Borkowski, K. Winkowska-Nowak, Wydawnictwo Naukowe Scholar, Warszawa, 2009.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama