W krainie motyli

Przewodnik Katolicki 6/2011

Najchętniej każdego obdarowaliby motylem. Bo motyl to symbol duszy, delikatności i wrażliwości. Oznacza także przemianę. A oni pragną otwierać ludziom oczy na cierpienie ciężko chorych i umierających

 

Niebieski motyl, którego dostałam na powitanie w poznańskim Hospicjum Palium ma na skrzydłach różowe serduszka. To tak, jakby miał przypominać o miłości pracujących w tym miejscu osób. Bardzo łatwo zresztą zauważyć, że to doborowe towarzystwo. − Cały zespół, począwszy od lekarzy i pielęgniarek, po wolontariuszy, to ludzie niezwykle otwarci na drugiego człowieka – przyznaje Barbara Grochal, od pół roku koordynator wolontariatu w Hospicjum Palium. Do wielu jej obowiązków należy także prowadzenie kampanii „Motyle dla Hospicjum” na rzecz rozbudowy tej placówki. − W tej chwili mamy 24 miejsca opieki całodobowej, jednak wciąż wiele osób czeka na wolne łóżko. Rozpoczęliśmy więc akcję zbierania funduszy na rozbudowę hospicjum o kolejnych 12 miejsc. Uda się, jeśli połączymy nasze siły i serca – tłumaczy Barbara.

Miś z oklapniętym uchem

Motyle wykorzystane w kampanii mają oznaczać przemijanie, ale także zmianę sposobu myślenia. Zdobią one wiele miejsc w hospicjum, a najbarwniej ściany pokoju, w którym wypoczywają w trakcie zajęć terapeutycznych pacjenci oddziału dziennego, czyli przebywający w tym miejscu od rana do obiadu. – Motyle były u nas od zawsze, ja je tylko „złapałam” – mówi Barbara, wspominając Renatę, jedną z pacjentek. – Ona robiła piękne motyle i można powiedzieć, że nam ten temat tak trochę „zadała”. Mówiłam zresztą do niej: „Zobaczysz, że my coś z tych motyli zrobimy”, a ona mi odpowiadała: „To będzie ku mojej pamięci”. Kiedy jeszcze żyła, posadziliśmy w ogrodzie przy hospicjum budleje. Kwiaty tych krzewów pachną tak przyjemnie, że przyciągają setki motyli – opowiada.

Nie tylko ogród, ale całe to miejsce sprawia zresztą sympatyczne wrażenie i to o każdej porze roku. Śmiało można powiedzieć, że tętni życiem. Zadbana zieleń, porozwieszane obrazy, ręcznie robione ozdoby na choince... Przytulne wnętrza hospicjum zupełnie nie przypominają zimnych szpitalnych sal. A do tego uśmiech każdej mijanej osoby. Szczególnie Romka z misiem przy fartuchu. − Przywiesiła mi go Renia, ta od motyli. Pacjenci najpierw uśmiechają się do misia, a potem do mnie – wyjaśnia. Obok brunatnego przyjaciela z oklapniętym uchem Roman Klekowicki nosi na szyi identyfikator. Z jednej strony widnieje na nim napis: wolontariusz, z drugiej: opiekun medyczny. Roman jest w poznańskim hospicjum wolontariuszem z najdłuższym stażem. Spisywał się tak dobrze, że po jakimś czasie zaproponowano mu etat. − W pewnym momencie mojego życia znalazłem się na rozdrożu i tak naprawdę, praca w tym miejscu uratowała mi życie. Czasami moja rodzina żartuje: „To już śpij w tym hospicjum”. Ale stąd nie można tak po prostu wyjść. Zresztą, jak mam wyjść, kiedy umierający pacjent trzyma mnie za rękę. Siedzę więc tak długo, jak potrzeba i wychodzę zmęczony, ale szczęśliwy – wyznaje.

Żółte kurczaki w akcji

Niewiele młodsza od Romana w swoim wolontariackim stażu jest Maria Modrzejewska, która ma zresztą podobne odczucia. – Tutaj czasu się nie liczy. Przychodzę i nawet nie wiem, kiedy mija kilka godzin – stwierdza. Tak jak pozostali wolontariusze chodzi po oddziałach hospicjum w żółtej koszulce z napisem: Lubię pomagać. – To po to, żebyśmy się odróżniali. Przez ten strój mówią na nas „żółte kurczaki” – dodaje z uśmiechem.

Maria wspomina, że już jako dziewczynka biegała za starszymi paniami i pomagała im nosić siatki z zakupami. − Zawsze starałam się patrzeć na osoby słabe i starsze nie oczyma, ale sercem. Dlatego gdy niedaleko mojego domu powstawało Hospicjum Palium, pomyślałam, że chciałabym w tym miejscu pomagać − wyjaśnia. Wtedy jednak poważnie zachorowała. Diagnoza nie pozostawiała złudzeń: stwardnienie rozsiane. Przez pięć lat Maria poruszała się na wózku inwalidzkim. – W czasie mojej choroby doświadczyłam wiele dobra. Postanowiłam je oddać – mówi. Gdy więc w 2005 r. usłyszała, że w hospicjum odbędzie się szkolenie dla wolontariuszy, zgłosiła się. – Byłam świadoma, że fizycznie jestem osobą słabszą. Poruszałam się wtedy o kuli. Ale miałam w sobie tyle siły wewnętrznej, że powiedziałam: nie zrezygnuję, bo to jest miejsce dla mnie – wyznaje wolontariuszka. Z powodzeniem przeszła półroczne szkolenie. Potem nadszedł czas na pierwsze samodzielne wizyty na hospicyjnych oddziałach. − Na początku był lęk, czy dam radę. Nie ma co ukrywać, tutaj często spotykamy się ze śmiercią. W domu ciągle myślałam o naszych pacjentach. Pierwsze dyżury były więc trudne. Potem było już zupełnie inaczej. Kiedy wchodzę do sali i widzę, że chory na mnie czeka, widzę jego uśmiech, wyciągniętą rękę, to jest to najlepsza zapłata za obciążenie psychiczne, które czułam na początku bycia wolontariuszem, a które z czasem gdzieś samo odeszło – opowiada Maria, przyznając, że w tym miejscu więcej dostaje, niż daje. − Przy chorych uczę się pokory. Moje życie się zmieniło, zupełnie inaczej na nie patrzę – dodaje.

Kule przewiązane kokardą

Maria jest zaangażowana również w swojej parafii pw. św. Łukasza w Poznaniu. – Kiedyś, gdy byłam świeżo po rzucie choroby, nasz kościelny wspomniał mi o klasztorze oo. Karmelitów i sanktuarium Matki Bożej Bolesnej w Oborach k. Golubia-Dobrzynia. Powiedział, że grupa naszych parafian jeździ tam od lat, że zdarzają się tam cuda i że warto nawiedzić to miejsce. Bałam się, że nie dam rady nawet wsiąść do autobusu, ale obiecał, że się mną zaopiekują. Pojechałam więc i wróciłam stamtąd zupełnie inna, taka lekka – wspomina Maria.

 

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama