Idę na księdza

Tygodnik Powszechny 9/2011

Dotarło do mnie, że nie będzie żony, nie będzie dzieci, nie będę dla nikogo jedynym, i nie warto pytać, co zamiast. Tego braku nikt i nic mi nie zastąpi: ani praca, ani ludzie, ani Matka Boża, ani Pan Bóg. Zawsze będzie puste miejsce i głód. I tak być powinno.

 

Kiedy się to moje szczęście-nieszczęście zaczęło? Chyba w klasie dziesiątej, może jedenastej, czyli w maturalnej, na weselu mojej ciotecznej siostry. Do późna obtańcowywałem wszystkie panny i mężatki, i gdzieś tak koło czwartej nad ranem naraz wszystek urok diabli wzięli. Ni z tego, ni z owego uciekłem z zabawy z postanowieniem wstąpienia do kapucynów.

Oczywiście z powodu „Kwiatków świętego Franciszka”. I jeszcze ceremonii, procesji, czyli liturgii. Wstyd mówić, ale nawet moskiewskie defilady dla uczczenia wielkiego – pożal się Boże – października robiły na mnie wrażenie. Moje dzieciństwo to świat bez telewizji, a i radio, tak zwany kołchoźnik, założono późno. O komputerach nikt nic nie wiedział, zabawy musieliśmy wymyślać sami.

Latem wieczorami urządzaliśmy pochody--procesje, a za dnia śluby, wesela i pogrzeby. Mnie w udziale przypadała rola celebransa. Nie, że się do tej roli paliłem, ale nikt nie chciał odstawiać księdza. Złościłem się jednak niezmiernie, gdy ktoś poza zabawą nazywał mnie księdzem.

Ksiądz w naszych oczach to był ktoś co najmniej dziwny. Wszyscy chodzą parami, tylko proboszcz sam. Mieszka z nim co prawda gospodyni, zwana „księżą panią”, ale kim ona jest naprawdę? Plotkowano na ten temat, lecz nas, dzieci, niewiele to obchodziło. Proboszcz to nie nasz świat.

Jednak pod koniec podstawówki do naszej parafii przyszedł młody wikariusz, który od razu nas kupił i bez trudności dałem się przekonać, że nie do zakonu, ale do seminarium diecezjalnego wstąpić powinienem.

Celibat – to oczywiste

Skoro idę na księdza, oznaczało to również, że nie będę mógł się ożenić i mieć dzieci. Wprawdzie na KUL-u, na fali soborowej odnowy, nieśmiało – bo nad ortodoksją uczelni czuwały wywiadowczynie Prymasa – ten i ów napomykał o zniesieniu celibatu, ale wiadomo było, że kapłaństwo i celibat z woli Pana Jezusa są tak mocno złączone, iż nikt nie może tego związku naruszyć.

Owszem, księżom zdarzają się potknięcia: jako klerycy wiedzieliśmy, że ten i ów proboszcz, dziekan, kanonik ma na stałe kobietę i dziecko, ale nas to jakoś nie gorszyło. Mógłbym nawet zaryzykować twierdzenie, że na taki styl księżowskiego życia było ciche przyzwolenie nie tylko ze strony parafian, ale i władzy kościelnej. Czy tylko o hipokryzję w takim zachowaniu chodzi? Kłopot zaczynał się z chwilą wybuchu skandalu. Np. gdy ktoś nie chciał łożyć na utrzymanie dzieci, bo o alimentach w sensie ścisłym nie mogło być mowy.

Patrzono na tego typu wykroczenia z wyrozumiałością, w myśl porzekadła: ksiądz też człowiek. Nawet na alkoholizm patrzono z politowaniem, natomiast nie wybaczano księdzu zdzierstwa i arogancji, chciwości i przede wszystkim braku serca do parafian. Dzisiaj, po latach, wielu z tych księży, którzy zdecydowali się na taki sposób życia, widzę jako ludzi dźwigających wcale niemały ciężar. Z jednej strony wierność Kościołowi. Mimo życia w związku quasi-małżeńskim, wypełniali powinności kapłańskie z całym poświęceniem. Z drugiej strony, obydwoje, on i ona, oraz dzieci musieli żyć za zasłoną niedomówień, godzić się z docinkami: „ni to panna, ni to mężatka”, „ni to mąż, ni to niemąż”.

Może nie o hipokryzję tutaj chodzi, ale o to, co radził Paweł Apostoł Kościołowi w Koryncie: „nie sądźcie przedwcześnie, dopóki nie przyjdzie Pan, który rozjaśni to, co w ciemnościach ukryte, i ujawni zamiary serc. Wtedy każdy otrzyma od Boga pochwałę”.

Wróćmy do seminarium. Głównym argumentem, utwierdzającym nas w przekonaniu, że obraliśmy dobrą drogę, była przynależność do stanu duchownego. Wyżej od nas stoją tylko mnisi. Medytacje, egzorty i konferencje ojca duchownego i innych formatorów miały na celu przekonanie nas, że to sam Chrystus nas wybrał i przeznaczył do służby ludziom. Ludziom, jeszcze nie Kościołowi. Tak usytuowani, stanowiliśmy klasę wyższą, z którą muszą się liczyć wszyscy inni katolicy, a nawet komuniści. Wychodziliśmy z seminarium z przekonaniem, że należy się nam miejsce szczególne, gdyż nasz autorytet zasadza się na tym, że każdy z nas to alter Christus. A skoro już jesteśmy Chrystusami, to znaczy, że nie godzi się nam żyć tak, jak żyją inni – po świecku. Celibat miał być tym wyróżnikiem. Stąd nazwać kogoś zeświecczałym księdzem – nie daj Panie Boże! Już lepiej „patriotą” czy „paksowcem”.

Kleryckie noce

Na szczęście w seminarium wzbierał w nas, dwudziestokilkulatkach, inny nurt. Pojmowaliśmy celibat jako ofiarę ze swego życia składaną Chrystusowi. Ta ofiara miała się wyrażać w naśladowaniu Jezusa. Na pierwszym miejscu stawiano czystość, mówiono trochę o ubóstwie, o posłuszeństwie Jezusa mniej.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wybrane dla Ciebie

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama