Szukając góry Tabor

Tygodnik Powszechny 10/2011

Wielki Post, czas rekolekcji. Parafia, ambona, ksiądz. Albo: klasztor, rozmównica, kierownik duchowy. A może: internet, facebook, znajomi...

 

To ma w sobie coś z puszczania kolorowych balonów, które zachwycają na chwilę i już ulatują – mówi o tradycyjnych rekolekcjach parafialnych Paweł Tchorek, związany od 20 lat z Ruchem Światło--Życie. – Ksiądz, mimo dobrych chęci, rozprawia o wszystkim i o niczym, przytacza zabawne anegdoty, stara się za wszelką cenę przykuć uwagę słuchaczy i czasem nawet udaje mu się trącić jakąś ważną strunę, ale owoce pozostają na kilka dni, a nie na całe życie – dodaje.

Takie opinie się powtarzają: „Dla mnie to w ogóle nie są rekolekcje, tylko forma głębszej, tematycznej homilii”, „To może być show, jeśli ksiądz ma charyzmę, albo ciężki obowiązek, jeśli jej nie ma. Tak czy inaczej nie czuję, że jest w tym Bóg, który chce mi coś powiedzieć”. Dlatego wobec rekolekcji parafialnych przybywa alternatyw.

Anna Kowalska, nauczycielka matematyki w warszawskim liceum, zaznacza, że aby doświadczyć w sferze duchowej czegoś ważnego, potrzebuje czasu wyizolowanego z codziennego zabiegania, a co za tym idzie – także zmiany miejsca pobytu.

Warunki klasztorne

Tygodniowe rekolekcje organizowane przez jezuitów według ćwiczeń duchowych św. Ignacego z Loyoli odbywają się w milczeniu. Trafiła na nie Anna.

Uczestnicy są proszeni o to, aby nie rozpraszać się wzajemnie nie tylko słowami, ale w ogóle komunikacją. – Dla niektórych może to być zaskoczenie – mówi Anna. – Z początku mogą mieć problem, co zrobić z tą ciszą. Ona zmusza do wsłuchania się w siebie. Czasami rodzą się myśli, żeby zrezygnować. Też miałam taki moment na rekolekcjach tzw. I tygodnia, które mówią o grzechu. To nie są łatwe rzeczy, ale gdyby były łatwe, to rekolekcje nie byłyby potrzebne.

Ludzie z zamkniętymi oczami i ci, którzy wpatrują się w okno. Klęczący lub przyjmujący znacznie swobodniejsze pozycje. W kaplicy, na dworze, we własnym pokoju. Na rekolekcjach ignacjańskich każdego dnia odbywają się cztery medytacje nad Pismem Świętym. Po wprowadzeniu wyznaczającym kierunek rozmyślań, wszyscy rozchodzą się do wybranych przez siebie miejsc. Codziennie przez 20 minut mają też możliwość rozmowy z kierownikiem duchowym.

– Przez kilka dni jesteśmy tu w warunkach klasztornych, można powiedzieć laboratoryjnych – mówi Aleksandra Nizioł, konsultantka kosmetyczna, która z tej formy rekolekcji korzystała trzy razy. – Potem wraca się do codzienności. Trochę tak jak w Ewangelii o przemienieniu na górze Tabor: uczniowie wchodzą na górę, doświadczają czegoś, co ich totalnie przerasta, a potem wracają i dalej toczy się ich historia.

Własne ciało

Zaproszenie do wytrwania w milczeniu słyszą także ci, którzy zdecydowali się na wyjazd rekolekcyjny do benedyktynów w Tyńcu.

Przybywającym tu ojcowie zapowiadają: – Zawieszamy savoir-vivre, wszelkie pytania o zdrowie, zawód i dzieci są bardzo miłe, ale tutaj absolutnie niekonieczne. Skoro wywalczyliście sobie cztery dni, żeby tu przyjechać, nie zabierajmy sobie cennego czasu niepotrzebnymi rozmowami, ale uśmiechajmy się, zauważajmy innych.

Atmosferę wyciszenia i uspokojenia buduje zresztą sam XI-wieczny klasztor, usytuowany na wapiennym wzgórzu, w oddaleniu od miasta. Jedni oddają się medytacjom nad Pismem lub spacerują, inni w ciszy doskonalą się np. w sztuce ikebany. Program wszystkich grup przebywających w Tyńcu jest skonstruowany tak, by umożliwić uczestnictwo w modlitwie z mnichami, spowiedź i rozmowę z kierownikiem duchowym.

– Udział w warsztatach np. kaligrafii, które odbywają się przez tydzień w milczeniu, to także forma rekolekcji – mówi o. Jan Paweł Konobrodzki. – Każdy, kto pozostawia to, co zabawia go z zewnątrz, już wchodzi w duchowość. Patrzymy na człowieka w pełni, holistycznie, jako na ducha, psychikę i ciało, które są razem połączone. Przyjeżdżają do nas osoby, które zauważyły, że z czymś sobie nie radzą, i chcą to rozwiązać. Staramy się dotknąć istoty ich problemu, a nie tylko jednego z elementów. Wierzymy, że w klimacie modlitwy da się zobaczyć całego człowieka. Owszem, ważne jest rozróżnianie, czym powinien zająć się lekarz, a czym mnich, ale my nie pomijamy żadnego z tych aspektów. Tworzymy np. warsztaty medytacyjno-relaksacyjne: ja mówię o medytacji, a lekarz o relaksacji.

Jedno spojrzenie na osoby przebywające na benedyktyńskich rekolekcjach pozwala stwierdzić, że o pozycjach, jakie przyjęli na medytacji, decyduje wygoda, a nie konwencja. Także w tej sferze savoir-vivre został zawieszony. Jeśli mamy potrzebę rozluźnić mięśnie, nikogo nie powinno to dziwić – w tym czasie mają uwolnić się z nas wszystkie napięcia.

– To jest twój mały palec, spójrz na swoją rękę, takie właśnie jest twoje ciało – można usłyszeć na jednej z medytacji. – Chodzi o to, aby zaprzyjaźnić się z własnym ciałem, rozpoznawać np., jak osadza się w nim gniew – tłumaczy o. Konobrodzki. – Musimy zobaczyć, że ciało, które na ogół traktujemy albo utylitarnie, albo bałwochwalczo, nie jest żadnym diabelskim profanum, ale Bożym darem, tak samo jak duch.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama