Rycerz w białym habicie

Tygodnik Powszechny 13/2011

Prostolinijny, bezkompromisowy, ale ciekawy świata i ludzi. Wychował pokolenia opozycjonistów. Jego głośny list w sprawie kryzysu Kościoła nie był pierwszy – wcześniej pisał do komunistycznych władz, m.in. do Edwarda Gierka.

 

Urodził się w Skierbieszowie na Zamojszczyźnie w 1936 r. Z dzieciństwa pamięta moment wysiedlenia przez Niemców. – Miałem wtedy 5 lat – mówi o. Ludwik Wiśniewski. – Całą wieś zgromadzili przy szkole, gdzie odbyła się selekcja. Niektórych wysłano do Niemiec na roboty, część wywieziono do Oświęcimia, a pozostałych, jak nas, wysiedlono do sąsiedniej wsi. Pewnie uznano, że ojciec nadaje się do pracy.

Od dziecka o. Ludwik wiedział, że będzie księdzem. Nie potrafi tego wytłumaczyć. W ósmej klasie trafił do liceum biskupiego w Lublinie. – Zamieszkałem w małym seminarium u dominikanów. I tak się jakoś stało, że niedługo później wstąpiłem do zakonu, mając zaledwie 16 lat. Wtedy tak przyjmowano – wyjaśnia. – Mój ojciec kiwał głową, wydawało mu się, że to nie jest dobry pomysł. Nie dziwię mu się: czy w takim wieku można podejmować dojrzałe decyzje? O dziewczynach jakoś nie myślałem. Może szkoda... – żartuje dzisiaj.

W zakonie studiował filozofię i teologię. – Te nasze studia nie były wówczas najmocniejsze – opowiada. – Potem, po latach będąc w Krakowie, przychodziłem na wykłady. Najbardziej ciekawił mnie prof. Stróżewski wykładający fenomenologię. Miałem poczucie, że mam braki z myśli współczesnej.

Wiara w wolną wolę

Od początku działalności duszpasterskiej niekonwencjonalnymi pomysłami zwracał uwagę i młodzieży, i Służby Bezpieczeństwa. Po święceniach w 1961 r. trafił do Gdańska. Miał się zajmować licealistami. Był to czas, gdy religia została usunięta ze szkół – o. Ludwik otrzymał zadanie zorganizowania katechezy przy dominikańskiej parafii św. Mikołaja. Najpierw przewertował dostępne kartoteki i wysłał do każdego z uczniów imienne zaproszenie. Ta „nadgorliwość” zaniepokoiła władze. Ale młodzież szybko odkryła, że ma do czynienia z kimś, kto ją traktuje poważnie.

– Co było w naszych relacjach najważniejsze? – zastanawia się Aleksander Hall, gdański wychowanek o. Ludwika. – Partnerstwo. To, że potraktował z powagą nas i nasze poglądy. Nigdy nie brakowało mu dla nas czasu. Otwierał przed nami możliwości, ale szanował ideowe i polityczne wybory. Ojciec Ludwik wierzy w wolność i wolną wolę, był i jest człowiekiem głębokiej religijności, kochającym Kościół. Wiem, że chciał, abyśmy szli przez życie z Bogiem, nigdy jednak w tej sferze nie próbował nam niczego narzucać. Chciał, by to były nasze autentyczne wybory. Mieliśmy wielkie szczęście, że go spotkaliśmy.

Przyszły opozycjonista poznał duszpasterza we wrześniu 1971 r. – Z kilkoma przyjaciółmi z klasy IV f I LO w Gdańsku zaproponowaliśmy, aby spotykał się z nami poza oficjalnymi lekcjami religii, które miał z nami prowadzić – opowiada Hall. – Byliśmy już wówczas osobną grupą, która uważała się za konspirację niepodległościową, mającą za sobą akcje małego sabotażu. Nie mam wątpliwości, że tamto spotkanie odegrało zasadniczą rolę w naszym życiu. Stworzyliśmy zespół spotykający się z ojcem Ludwikiem i przygotowujący się do działalności opozycyjnej. To on wprowadzał nas w wielki świat i poznawał z ludźmi, z którymi nasi rówieśnicy z Gdańska nie mieli szans się spotkać. Tak powstał rdzeń przyszłego gdańskiego środowiska Ruchu Młodej Polski. Zawiązana wówczas więź trwa do dzisiaj.

Takich świadectw można przytaczać wiele, zwłaszcza z miejsc duszpasterzowania o. Wiśniewskiego. Z Gdańska w 1972 r. został przeniesiony do Lublina, w którym pozostał do rewolucji Solidarnościowej. Stan wojenny zastał go we Wrocławiu. Przemiany w latach 1988-90 przeżywał z kolei w Krakowie.

– Jako duszpasterz akademicki najpierw w Gdańsku, a potem w Lublinie potrafił wydobywać i skupiać wokół siebie najciekawszą, poszukującą wyrazu dla swego sprzeciwu, młodzież. W Gdańsku był to krąg Aleksandra Halla i Arkadiusza Rybickiego, w Lublinie Bogdana Borusewicza i Janusza Krupskiego – mówi historyk Andrzej Friszke.

Druga połowa sukcesu

Wiara w wolną wolę wychowanków to połowa tajemnicy duszpasterskiego sukcesu. Drugą połowę stanowiły wartości, w które wierzył i dlatego bezkompromisowo o nich świadczył. Jarosław Obremski, obecny wiceprezydent Wrocławia, a w latach 1982-87 we wrocławskim duszpasterstwie akademickim, po raz pierwszy zobaczył o. Wiśniewskiego, gdy ten miał prelekcję dla strajkujących studentów Uniwersytetu Wrocławskiego tuż przed wprowadzeniem stanu wojennego. – Opowiadał o Prymasie Wyszyńskim, który po uwolnieniu z internowania nie pozwalał potępiać tych, którzy dali się przez komunistów złamać. Zaimponowało mi, że znał niewygodną prawdę i uczył nas nie oceniać oraz nie potępiać innych zbyt łatwo – mówi Obremski. – Słowem, miał odwagę przypominać prawdę, nawet wtedy, gdy była trudna do przyjęcia.

Taki pozostał do dziś. – Ubolewa nad łatwością oskarżeń i potępień w sprawach lustracyjnych, kilkakrotnie zabierał na ten temat głos – zauważa prof. Friszke. – Nie dlatego, że bagatelizował sprawę, ale dlatego że nie godził się ze zbyt pochopnymi wnioskami i potępieniem konkretnych ludzi.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

  • emigrant
    05.04.2011 21:35
    Piekny zyciorys ale dlaczego w tym wieku dolaczyl do "rycerzy" plujacych w gw na RM to trudno zrozumiec; jezeli on rycerz to kim sa (byli) ksieza: Malkowski , Polpieluszko, Niedzielak i wielu podobnych?
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...