Wędrowcy

Wieczernik 176/2011

Każda religia, każdy system etyczny, każda spójna koncepcja psychologiczna zakłada jakieś formy pracy nad sobą. Co w takim razie różni chrześcijaństwo od innych systemów?

 

Wielki Artur Rubinstein był u szczytu sławy, kiedy dziennikarz zapytał go czy ćwiczy codziennie, bo jego gra sprawiała wrażenie tak lekkiej i naturalnej, jakby nie wymagała żadnej pracy czy wysiłku. Wirtuoz fortepianu odparł podobno:

Oczywiście, że tak! Jeśli nie ćwiczę jeden dzień, a potem siadam do fortepianu, moje ręce czują, że miały przerwę. Jeśli nie ćwiczę dwa dni, słyszę różnicę w jakości swojej gry. A jeśli nie ćwiczę trzy dni, zaczyna to już słyszeć także publiczność…

Aby cokolwiek osiągnąć w muzyce, trzeba ćwiczyć. Aby cokolwiek osiągnąć w sporcie – trzeba ćwiczyć. Aby osiągnąć cokolwiek w jakiejkolwiek dziedzinie – trzeba ćwiczyć, pracować nad sobą, rozwijać się. Jeśli nie będę nad sobą pracować – nic nie osiągnę. A jeśli już coś osiągnę i przestanę nad sobą pracować – szybko stracę to, co umiałem i (w najlepszym razie) popadnę w przeciętność.

Dokładnie ta sama zasada, oczywiście, odnosi się do naszego życia duchowego (czy, mówiąc szerzej, naszego człowieczeństwa w ogóle). Jedyną drogą postępu, rozwoju i wzrostu jest nieustanna praca nad sobą. Jeśli swoją duchowość zaniedbuję, skutek jest taki sam jak w przypadku zaniedbania talentu muzycznego, rozwoju intelektualnego czy sprawności fizycznej: regres. Nawet jeśli byłem w dziedzinie życia duchowego prawdziwym „wirtuozem”, jeśli zrezygnuję z pracy nad sobą, zaczynam się cofać.

***

Można powiedzieć, że to wszystko sprawy oczywiste. Każda religia, każdy (także pozareligijny) system etyczny, każda spójna koncepcja psychologiczna zakłada jakieś formy pracy nad sobą. Co w takim razie różni chrześcijaństwo od innych systemów? Czym różnimy się my, uczniowie Chrystusa – i nasza wizja pracy nad sobą – od tego, co proponują inne religie?

Aby odpowiedzieć sobie na to pytanie, musimy zadać sobie podstawowe pytanie: po co? Po co staramy się nad sobą pracować? Czemu ma służyć nasz wysiłek, próby walki ze słabościami, odwracania się od grzechu, stawania się lepszymi ludźmi? Do czego ma to wszystko prowadzić?

Bądźcie doskonałymi, jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski – mówi nam Jezus (Mt 5, 48). Ale czemu to ma służyć? Po co mam się starać być „doskonały” (zwłaszcza, że przecież wiem doskonale że w tym życiu nigdy tego celu nie osiągnę)?

Po co ćwiczy muzyk? To oczywiste – żeby być lepszym muzykiem, lepiej grać, piękniej śpiewać. Po co trenuje i rozwija się sportowiec? Aby osiągać lepsze wyniki, wygrywać zawody, aby stanąć na podium. Po co nieustannie „uczy się” naukowiec? Aby zdobyć kolejne stopnie naukowe, aby dokonywać kolejnych odkryć, aby więcej wiedzieć. Oczywiście te umiejętności i zawodowa doskonałość przekładają się także na wiele innych spraw i korzyści: sławę, popularność, wyższe dochody, ciekawsze propozycje pracy, poczucie własnej wartości, pozycję społeczną…

Czy te same cele i założenia można odnieść także do rozwoju naszego życia duchowego? Można.

Czy rozwijając się duchowo mogę stać się człowiekiem sławnym i popularnym? Oczywiście że tak. Ludzie o wielkiej duchowości zawsze zwracają na siebie uwagę – choćby z tego prostego powodu że mają innym coś do przekazania. Trudno odmówić takiej zwyczajnej, po ludzku rozumianej sławy i popularności osobom takim jak Jan Paweł II, Matka Teresa z Kalkuty czy Thomas Merton. Trudno nie uznać za sławnych reprezentujących silną duchowość ludzi spoza kręgu chrześcijańskiego – wystarczy pomyśleć o Gandhim czy Dalajlamie.

Czy jednak którakolwiek z wymienionych tu postaci pracowała nad sobą i rozwijała swoją duchowość po to, aby być sławną? Na pewno nie.

A czy pracując nad sobą i rozwijając się można zyskać na poziomie materialnym? Na pewno tak. Bo człowiek głębszy i bardziej ludzki napisze lepszą książkę czy wiersz, skomponuje lepszą muzykę, zwykle będzie lepszym (choć może bardziej wymagającym) szefem, lepszym i bardziej solidnym pracownikiem, bo będzie wiedział że wielkość przejawia się także w codzienności – więc będzie z większym sercem i oddaniem wykonywać swoją pracę, jakakolwiek by ona nie była. Bo – bądź co bądź – rozwój i wzrost duchowy sprawiają, że w sercu człowieka pojawia się ta specyficzna mądrość, która przecież przekłada się także na praktyczne aspekty życia.

Czy jednak człowiek duchowy pracuje nad sobą i wzrasta po to, aby lepiej ustawić się w życiu i więcej zarabiać? Na pewno nie (mało tego – często zdarza się przecież, że pogłębiona duchowość prowadzi go do decyzji o rezygnacji z wielu materialnych korzyści i wygód).

A co z poczuciem własnej wartości? Czy rozwój duchowy i praca nad sobą mogą sprawić, że moje poczucie własnej wartości wzrośnie? Oczywiście, że mogą. Jeśli nad sobą pracuję, jeśli staram się walczyć ze swoimi wadami, konsekwentnie stawać się lepszym, rozwijać, ćwiczyć w dobru – to mam pełne prawo do tego, żeby „dobrze się z tym czuć”. Nie chodzi mi o negatywnie rozumiane „samozadowolenie” prowadzące do przekonania o własnej wielkości, a co a tym idzie – do stagnacji. Nie mówię także o postawie wywyższania się nad innych, o czuciu się „lepszym”. Chodzi mi o zwykłe, ludzkie, absolutnie pozytywne poczucie, że robię to co robić powinienem i że „jestem na dobrej drodze” (nawet jeśli to droga pod górkę i jeśli zdarzają się na niej upadki).

 

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...