Szpital uczy pokory

Apostolstwo chorych 2-3/2011

Gdy życie wchodzi w ostry zakręt, gdy los rzuci nas na szpitalne łóżko, gdy jeszcze zachowujemy świadomość i gdy ból pozwala, to pojawiają się refleksje, o które trudno jak człowiek jest zdrowy.

 

Wczoraj jeszcze podpisywał międzynarodowe kontrakty na wielomilionowe kwoty. Wczoraj był opiekunem i dumą rodziny. Wczoraj jeszcze wszyscy, dzięki niemu, czuli się bezpiecznie, gdy on stał za sterem ich życiowego koła fortuny. Dzisiaj leży po wylewie zdany na innych, nieumiejący komunikować się, niepogodzony z losem. Cierpi nie tylko jego ciało, niezdolne do przemieszczania się, ale cierpi także dusza. Dzisiaj z trudem połyka pigułki goryczy, czuje się bezużyteczny, niepotrzebny, czuje się balastem dla swoich bliskich.

Zastanawiam się, jak do niego dotrzeć by zechciał podjąć walkę, by podjął rehabilitację, by zechciał współpracować w niej. Oceniam, że jego aktualny stan wymaga czasu, by można było efektywnie przyjść mu z pomocą. Wiem, że im wcześniej nawiążę z nim kontakt, tym efekt będzie większy.

Na oddziale oparzeń ciała podwieszone, uśmierzone z bólu, w skardze niewypowiedzianej.

Na onkologii usłyszał o swoim przeciwniku, któremu na imię rak. Spochmurniał, gdyż skurczył się mu się horyzont życia i zamajaczyła przed nim biała pani z kosą.

Gdy życie wchodzi w ostry zakręt, gdy los rzuci nas na szpitalne łóżko, gdy jeszcze zachowujemy świadomość i gdy ból pozwala, to pojawiają się refleksje, o które trudno jak człowiek jest zdrowy. Pojawiają się myśli, które wiodą do pytań: po co tak goniłem za różnymi celami w życiu?, dlaczego tak niewiele inwestowałem w zdrowie?, dlaczego nie wybaczyłem memu oponentowi i rywalowi?, gdzie są teraz moi przyjaciele?, cóż ja znaczę dla innych?

Gdy ból, żal i niemoc ściskają gardło, gdy człowiek czuje się sam w swoim cierpieniu, u jednych pojawiają się myśli mobilizujące do walki, a u innych myśli rezygnacji, poddania się. Bywają też tacy, którzy otwierają się na przestrzenie do łączności z Bogiem. Widziałem w szpitalnych realiach szukających odosobnienia i ciszy. Widziałem zatopionych w błagalnej modlitwie, mimo że ich kolana przez lata nie zginały się w tym celu. Modlitwy w takich uwarunkowaniach bywają najczęściej prośbami o zachowanie życia, o bezbolesne umieranie, o dzieci, które powierza się Bożęj opiece. Widywałem koncentrację i zatopienie wzroku w wizerunku Chrystusa na krzyżu, widziałem nieśmiało i trwożliwie przyjmowany sakrament chorych, widziałem łzy desperacji, emocjonalnej huśtawki i niemoc wołania o ratunek. Gdy przychodzi ulga w cierpieniu, gdy chory może nieco uładzić myśli, odnosząc je do swoich warunków życia, to w jego modlitewnej łączności pojawiają się obietnice, przysięgi i postanowienia za cenę życia i zdrowia. Czasem przychodzi sentencjonalna myśl, że nawet najbogatszy dorobek życia przestaje mieć znaczenie, gdy zdrowie nie dopisuje. Czasem w chorobie, w konfrontacji z innymi człowiek uświadamia sobie, że jest w nim dziecko, któremu zabrakło troski i dostatku uczuć.  Bywa też, że wiele osób dopiero na łóżku szpitalnym dokonuje w pośpiechu bilansów życia i próbuje odpowiedzieć: ile dobra uczyniłem, kogo z klęczek podniosłem, do ilu serc trafiłem, jaka była jakość mego życia, przed iloma powinnościami zdezerterowałem, z iloma osobami dzieliłem radość? Szczere poszukiwanie odpowiedzi na postawione pytania zawsze prowadzi do zmian w życiu. W chorobie doświadczamy jak cennym darem jest dobry stan zdrowia.

W realiach szpitalnego bytowania można zetknąć się z siermiężną rzeczywistością i z przedmiotowym traktowaniem przez personel medyczny. Cierpi wówczas nie tylko ciało. Cierpi godność, gdy np. brak zachowania intymności, gdy upublicznia się dane swoje i rodziny wobec innych pacjentów, gdy doświadcza się przedmiotowego traktowania. Choć każdy pacjent oczekuje indywidualnego traktowania, to może spotkać się z przedmiotowym traktowaniem i z rutyniarskim odnoszeniem się. W wielu placówkach nie uwzględnia się prawdy, że im lepiej wykorzysta się potencjał osobowy pacjenta, tym lepsze, szybsze i trwalsze są efekty terapii. Tak bywa na obszarach nie tylko medycznych oddziaływań.

Nie można przejść przez życie nie doświadczając słabości, zwątpienia, a często i choroby. Im ktoś boleśniej przeżywał swoją chorobę, tym lepiej, pełniej i z empatią  jest w stanie odnieść się do cudzego cierpienia. Często szpital bywa pierwszą lekcją i pokory i umiejętności w znoszeniu uciążliwości chorobowych. Wśród szpitalnej społeczności chorych (częściej wśród kobiet) daje się zauważyć gesty zatroskania, pomocy i usłużności innemu choremu. Cierpienie uczula na cierpienia innych i jest jakby nieświadomym wołaniem ”pomagam ci, zechciej zauważyć mój ból i moją niemoc”. Przechodząc sam przez cierpienie stajesz się bogatszy o przeżycia, które uszlachetniają, uwrażliwiają i zbliżają do człowieka w potrzebie. Czasem z choroby wychodzimy okaleczeni, ale i wzmocnieni, uszlachetnieni, z poszerzonym horyzontem widzenia życiowych spraw, mniej niecierpliwi i bogatsi w odczucia i wrażenia typowe dla chorych. Refleksje zrodzone w otoczeniu innych chorych oraz osobliwa cisza pośród różnych form cierpienia, pozwalają posprzątać wnętrze swego duchowego mieszkania, odnaleźć zagubione drogowskazy, uładzić sprawy codzienne i znaleźć rozwiązania problemów zagłuszanych gwarem życia. Szpitalny pobyt umożliwia osobom refleksyjnym naładować swoje życiowe akumulatory. Pobyt w szpitalu sprzyja odkrywaniu innych przestrzeni przeżywania, wartościowania i bytowania. Trzeba chcieć i umieć wykorzystać ten czas

 

«« | « | 1 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

  • Agaton
    11.05.2011 18:42
    Zapewne tylko przez grzeczność biskup Tyrawa nie dopowiedział,że największy problem z prawdą mają media toruńskie.
  • piotrp
    11.05.2011 20:24
    No cóż, media jak każda władza mają problem z prawdą, bo pracują w nich normalni, z krwi i kości ludzie. Słowa biskupa nie są więć specjalnie odkrywcze. Z prawdą mają problem m.in politycy, ludzie innych zawodów, mali i duzi, mężczyźni, kobiety i dzieci. Każdemu z nas zdarzało się, delikatnie mówiąc mijać z prawdą. Ale z prawdą mają również problem ludzie Kościoła, w tym księża,biskupi i dziennikarze. Siła oddziaływania mediów jest ogromna, dlatego istnieje naturalna pokusa , by wykorzystać je do różnych celów, najczęściej partykularnych, czy politycznych, by osiągnąc to, czy tamto.
    Moim zdaniem problem prawdy istniał od zawsze. W tym miejscu należy postawić pytanie, czemu służy mówienie nieprawdy i wypowiadanie falszywego świadectwa wobec bliźniego swego, jaki ma cel. Dziś często, nawet bardzo często wykorzystuje się kłamstwo, czy niepełną, albo przemilczaną prawdę, by zniszczyć przeciwnika politycznego, by osiągnąć określony, często niecny cel. Szczególnie boli, gdy czynią to ci, na których spoczywa szczególny obowiązek , wręcz misja głoszenia prawdy. Kiedyś nieodżałowanej pamięci ks. Józef Tischner powiedział, że istnieją trzy prawdy. Jest prawda, też prawda, i g.. prawda. Coraz częściej słuchając i czytając różne media, także katolickie dochodzę do wniosku, że mam do czynienia z tą trzecią prawdą.



Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama