Skrępowani przeszłością

eSPe 92/1/2011

Czy można zrealizować powołanie wywodząc się z rodziny z problemem alkoholowym?

 

Na pierwszy rzut oka tak postawione pytanie wydaje się być retoryczne, bo odpowiedź jest przecież jasna: można. To nie ulega wątpliwości. Oczywiście mówimy o sytuacji, kiedy sam kandydat nie jest uzależniony, gdyż wtedy odpowiedź byłaby przeciwna. Jednak sprawa nie może zakończyć się wyłącznie na daniu pozytywnej odpowiedzi . Byłoby to wysoce nieuczciwe. Dlaczego?

Jest kilka powodów. Zacznijmy od tego, że większość z nas miała do czynienia z kimś w swoim bliższym lub dalszym otoczeniu, kto miał większe lub mniejsze problemy z alkoholem. Mógł być to ojciec, brat, wujek, dziadek, mama, siostra czy choćby agresywny i krzykliwy sąsiad. Pewnie, że sąsiad jest najmniejszym problemem, ale jeśli ktoś miał szczęśliwą rodzinę, to aby zrozumieć lepiej o czym mowa, przywołanie jego obrazu może okazać się przydatne. Dla dobrego zrozumienia co dzieje się z osobą DDA (Dorosłe Dziecko Alkoholika) pomocne będzie nakreślenie procesów zachodzących w rodzinie dotkniętej cierpieniem spowodowanym nadużywaniem alkoholu.

Dorastanie w szklanej pułapce

Dziecko odbiera rzeczywistość inaczej niż człowiek dorosły. Kocha swych rodziców i uważa, że ma najlepszych na świecie. Dopóki jest małe, oczywiście. I tu jest podłoże trudności. Kiedy, dajmy na to, tata regularnie przychodzi do domu pijany, to zaburzeniu ulegają relacje w rodzinie. Nie będziemy zagłębiać się w rozróżnianie skutków, jakie wywołuje zachowanie uzależnionego, dlatego jest w tym momencie obojętne czy jest agresywny, czy też kładzie się grzecznie spać lub zaczyna być nadzwyczaj rozmowny i zmusza dziecko do siedzenia z nim i słuchania godzinami jego żalów. Prawda jest taka, że coś niedobrego dzieje się w rodzinie. Coś, czego dziecko nie rozumie. Ale że kocha i chce jak najlepiej, bierze wszystko na siebie. Albo siebie obwinia i uważa, że to przez niego tata tak się zachowuje, albo zaczyna starać się i wykonywać wiele rzeczy z przekonaniem, że jeśli to zrobi, to tata się zmieni. A tata się nie zmienia... Więc dziecko stara się jeszcze bardziej...

Przy okazji trzeba mocno podkreślić emocje, jakie się pojawiają: strach, rozpacz, niewiara w siebie... przekonanie, że jest się do niczego, jeśli pomimo starań tata się nie zmienia, a wreszcie głęboko w dziecku wyryte przekonanie, że nikt nie może go kochać... Więcej, w takich rodzinach dzieci nie słyszą, że są kochane. Nikt nie bierze ich na kolana, nie tuli. Szczególnie tata, na którym dziecku tak bardzo zależy. To jest oczywiście uproszczony obraz, ale chyba wystarczający. Oprócz dziecka cierpią i inni członkowie rodziny. Na ogół dążą do tego, aby chronić spójność rodziny i robią to w sposób, jaki ją niszczy. Schemat myślowy jest prosty: ukryć przed innymi, chronić dobre imię rodziny, osłaniać tatę... W ten sposób nie chronią siebie, co więcej - ułatwiają uzależnionemu picie i dalsze niszczenie rodziny. Rodzina się zamyka, a poszczególni członkowie, a więc mama, rodzeństwo uczą się w jaki sposób, najlepszy dla siebie, może przeżyć. Oczywiście, nikogo tutaj nie oceniamy ani nie krytykujemy. Celem jest opis rzeczywistości, choćby w jakim ograniczonym i przybliżonym, a więc niedoskonałym stopniu.

Role w dramacie

Co dzieje się w dziecku? Przyjmuje jedną z kilku możliwychról, sposobów życia. Może stać rodzinnym „bohaterem”. Wówczas będzie wszystkich broniło, o wszystkich dbało. Będzie bardzo odpowiedzialne, opiekuńcze. Druga postawa to „maskotka”, niekiedy rodzinny „klaun”. Wszystkich zabawia, rozśmiesza. Ma zawsze (tak na zewnątrz) uśmiech, dobry humor. Stara się, aby inni zapomnieli, aby cierpieli mniej... niż ono. Trzecim sposobem przetrwania jest dziecko „niewidzialne”; „mgła”. Po prostu go nie ma. Robi wszystko, by być niewidocznym, niezauważonym. Jest bardzo wrażliwe i bardzo się boi. Zresztą podobnie jak i czwarta postać, jaką jest dziecko „ofiara”. Jest to dziecko przeniknięte lękiem. Lęk kieruje nim całe życie. Niekiedy myśli; marzy o cierpieniu, o poświęceniu się dla innych: „Ja cierpię, abyś ty nie cierpiał”. Oczywiście ten sposób przeżywania siebie i świata nie kończy się, kiedy dziecko dorasta. Każdy z nas ma w sobie to małe dziecko, które czuje, reaguje... podobnie jak to małe, próbujące przetrwać. Stąd w życiu dorosłym np. „bohater” może mieć tendencję do nadopiekuńczości, do „załatwiania” wszystkiego wszystkim, nawet jeśli jest to niemożliwe. Może też wyzwolić w sobie nierealne, bo zbyt duże, poczucie wartości. Nie dostrzegać swych wad, mankamentów i uważać, że jest najlepszy na świecie. Podobnie i z „maskotką”. Może to być osoba, która w dorosłym życiu boi się poważnych sytuacji. Nieustanie wszystko spłyca, żartuje. Nie jest w stanie znieść napięcia, kłótni, konfliktów. „Mgła” z kolei nadal pozostanie niewidocznym człowiekiem. Taka osoba nigdy nie będzie się wybijała, wychodziła przed innych. Nie powie sama tego, co wie. Nie jest w stanie siebie postawić w centrum. A „ofiara” często przeżywa swe życie jak pasmo nieszczęść. Jeśli coś się dzieje, to odbiera to w sposób raczej pesymistyczny, niosący cierpienie. Nie potrafi zaufać sobie, innym. Często podejmuje działania, które są dla niej niszczące, bądź utwierdzają ją w przekonaniu o braku własnej wartości.

Cecha wspólna

Bez wątpienia opisy tylko ogólne. Mogą nie przystawać do każdego, bo trzeba sobie zdać sprawę z faktu, że te cztery typy czy „maski” mieszają się pomiędzy sobą. Stąd też warto zwrócić uwagę na jeszcze inną cechę, wspólną dla wszystkich osób DDA, a jest nią „niedawanie sobie prawa do...” Osoby ze zranieniami wynikającymi z nadużywania alkoholu przez rodziców nie pozwalają sobie na wiele spraw. Choćby na przeżywanie dobrych chwil, cieszenia się tym, co jest. Nie pozwalają sobie na odprężenie i gdzieś podświadomie zmuszają się do ciągłej kontroli. Nie mają prawa do uczuć. Nie pozwalają sobie na zaufanie drugiemu człowiekowi. Więcej, nie ufają też swoim uczuciom, odczuciom czy sądom. Nie dają sobie prawa do mówienia tego, co czują, że na coś nie są gotowi. Usprawiedliwiają się nieustannie i nawet, gdy nie chcą, niekiedy kłamią. To tylko mała próbka cierpienia, jakie dotyka te osoby.

W konsekwencji osoby te, już jako dorosłe przyjmują wiele nieadekwatnych strategii radzenia sobie w życiu, gdyż silnie przeżywają sporo lęków. W konsekwencji można stworzyć dość długą listę cech, jakie je charakteryzują. Szczególnie, że przeżywane obawy nie są realne, ale ludzie ci odczuwają je w sposób niezwykle intensywny. Do takich widocznych lęków (jest ich naprawdę dużo) można zaliczyć: obawę przed zdemaskowaniem własnej nieatrakcyjności, obawę przed porzuceniem, podatność na zranienia, obawa przed konfliktem i okazywaniem gniewu, skłonności do podejmowania nadmiernej odpowiedzialności lub całkowicie bycie nieodpowiedzialnym, nadmierne poczucie lojalności, poczucie odmienności i izolowanie się od innych, itd.

Jak pomóc?

Niestety, sposoby przeżywania i radzenia sobie wypracowane w dzieciństwie, są tak głęboko zakorzenione, że w pewnym momencie stają się integralnym elementem przeżywania. Osoba DDA „tak ma”. I to: „tak ma” jest źródłem wielu kłopotów, trudności i cierpienia. I nie da się tego ot, tak, na zawołanie zmienić. Potrzebna jest pomoc i to na kilku poziomach. Przede wszystkim ważne jest odkrycie w sobie tych cech i przyznanie się przed sobą samym, że jest się osobą DDA. To pierwszy, bardzo istotny krok. Następnym byłoby zwrócenie się o pomoc grup wsparcia. W internecie jest wiele stron prowadzonych właśnie przez osoby, które mają ten sam problem. Warto do nich zajrzeć. I wreszcie, kiedy odkrywamy, jak nasze przeżycia z dzieciństwa wpływają nie tylko na obecny odbiór sytuacji, ale i na nasze odczuwanie i reakcje, warto udać się do terapeuty zajmującego się  pomocą w trudnościach DDA. I tutaj dochodzimy do odkrycia, że łatwa odpowiedź na postawione na samym początku pytanie nie istnieje. Posiadanie rodzica pijącego nikogo nie dyskwalifikuje. Powołanie jest od Boga i jest aktualne. Jednak powołanie jest nie tylko dla osoby, która je otrzymała, ale także dla innych. A jak można być całkowicie dla innych, jeśli ma się nierozwiązane trudności z DDA? Stąd odpowiedź na początkowe pytanie winna brzmieć: tak, DDA może mieć i realizowac powołanie, ale wraz z tą odpowiedzią winno iść zalecenie terapii, która pomoże naprawić błędne przeżywanie i zbliżyć się z zaufaniem do Boga i drugiego człowieka.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

  • anna
    09.05.2011 15:41
    Mój dziadek był alkoholikiem.Moja mama ma prawie 60 lat i do 50 radziła sobie "świetnie" zawsze wiedziała jak i chciała pomóc,miała pieniądze i ludzi w okół siebie. Tylko teraz,gdy osłabła, okazuje się,że tak naprawdę nigdy nie pozwoliła się kochać, nie umie żyć dla siebie i własnym życiem. Ciągle Jej trzeba udowadniać, że jest dla kogoś ważna, wytrzymuje to tylko Tata. Reszta rodziny i tzw.przyjaciele dawno uciekli. Nie dziwie się im, bardzo trudno kochać kogoś kto uważa, że na miłość trzeba zasłużyć.
  • Zona DDA
    09.05.2011 19:56
    Marku, jesteś DDA i to widać po Twoim wpisie. Ty tego nie chcesz przyjąć do wiadomości, bo DDa właśnie tak się zachowują! Uważają, że to oni są normalni, a problemy mają wszyscy inni ludzie.
    DDA nie uznają autorytetów - i to też widać u Ciebie , bo krytykujesz psychologów.
    Wiadomo, że różni ludzie mają całą masę problemów wynikających np. z tego że wychowali się w rodzinach rozbitych i nie należy się tego wstydzić, czy temu zaprzeczać.
    A Tobie polecam terapię dla DDA. przyda się.
  • Marek
    10.05.2011 07:53
    Pewnie. Wszyscy jesteśmy DDA. Trzeba być stukniętym, żeby normalnym ludziom wmawiać chorobę. A ja się nie dam, tralala.
  • Marek
    10.05.2011 07:59
    Aha, aż nie mogę się powstrzymać od jeszcze jednego komentarza - taka jesteś specjalistka, że postawiłaś mi diagnozę na podstawie jednego wpisu. LOL. Nie uznaję autorytetów - a skąd wiesz? Mam masę autorytetów, ale kretyni z dyplomem mgr z psychologii (przecież wiem jak oni studiują, znam takich ludzi, to obiboki, a psychologia to w większości nie nauka) nie są dla mnie autorytetem. I to oni mają problemy, rzecz jasna. Nikomu innemu nic nie wmawiam, a i sobie nie dam wmówić. Tylko szlag mnie trafia, jak się traktuje mnie jak nienormalnego, gdy sam sobie doskonale radze. A jak mam problem, to są przyjaciele, są autorytety (prawdziwe, nie idioci sami stawiający się na piedestale) i jest wiara. I starczy.
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...