Tajemnice traumy

Tygodnik Powszechny 24/2011

Tochman dostał od misjonarzy niekonkretne informacje i napisał o nich rozdział książki. Ja dostałam bardzo konkretne. I wtedy przestałam zadawać pytania.

 

Kiedy na Gikondo w Rwandzie dochodziło do aktów ludobójstwa, pallotyni z tamtejszej misji się modlili. Jakby chodziło im tylko o to, by masakra nie odbywała się w świątyni, jakby ich jedyną troską było wyniesienie z kaplicy Najświętszego Sakramentu – takie wrażenie można odnieść po lekturze książki Wojciecha Tochmana pt. „Dzisiaj narysujemy śmierć”. W rozmowie z ks. Adamem Bonieckim („TP” nr 21/2011) Tochman powtarzał za psychologiem Philipem Zimbardo: bierne przyglądanie się złu jest również złem. „Najgorsze, co można zrobić potem, to odmawiać rozmowy o tym, co się wydarzyło” – zarzucał pallotynom i Kościołowi w Rwandzie.

Co się może kryć za ludzkim milczeniem, za odmową obrony ofiar, wreszcie – rozmowy o tym? Co się wydarza w człowieku, gdy jego ciało buntuje się przeciw wszystkiemu w chwili śmiertelnego strachu, desperacko lgnąc do życia? Czy skarga reportażysty na zachowanie ludzi Kościoła jest uzasadniona – pytamy psychotraumatolożkę i etnolożkę, która poznała misję pallotynów, gdy pracowała w Rwandzie z ocalałymi z ludobójstwa.

Pół roku temu Halina Bortnowska zauważała w „Tygodniku”, że Tochman „zawsze pisał teksty, które prowadziły w trudne miejsca” (nr 51/2010). Gikondo było jednym z nich. Ale okazuje się, że istota wątpliwości związanych z opowieścią Wojciecha Tochmana nie dotyczy tylko ludzkiego prawa do strachu, lecz przede wszystkim samej narracji o ludobójstwie i ograniczeń, którym podlegają – lub podlegać powinni – zarówno reportażyści, jak i naukowcy.



Marcin Żyła: Powiedziałaś mi przed rozmową, że to etyka badacza nie pozwala Ci dłużej milczeć o książce „Dzisiaj narysujemy śmierć” Wojciecha Tochmana i zachowaniu polskich misjonarzy w czasie ludobójstwa w Rwandzie. Dlaczego właśnie etyka?

Małgorzata Wosińska: Jestem etnologiem. Moja dyscyplina uznaje istnienie dwóch rodzajów wiedzy: akademickiej oraz lokalnej, opartej na tym, co mówią ludzie. Zawód zmusza mnie do konfrontacji teorii z pamięcią. Tak się złożyło, że pracowałam z niektórymi opisanymi w książce pallotynami, z ich pamięcią.

Jakiś czas temu do Instytutu Chorób Tropikalnych w Poznaniu zaczęli się zgłaszać misjonarze wracający z Afryki, twierdząc, że są chorzy na malarię. Nie byli. Potem mówili, że mają pasożyty. Tego badania również nie wykazały. Ale spadała im waga, cierpieli na bezsenność, czuli niepokój. Nie znano przyczyny, a gdy okazało się, że jadę do Rwandy pracować jako etnolog i psychotraumatolog z ocalałymi z ludobójstwa, poproszono mnie, abym zwróciła uwagę, czy na misji w Gikondo nie dzieje się coś niepokojącego.

Na miejscu okazało się, że niepokojące jest wszystko. Objawy manii prześladowczej, natrętne przekonanie misjonarzy, że wkrótce zacznie się kolejna wojna, koszmary nocne. Mieszkałam u pallotynów, ale pracowałam w centrum Kigali i na południu kraju. Szybko przekonałam się, że Rwanda jest stosunkowo bezpieczna. To za ogrodzeniem misji wciąż panowały wojna i lęk: przed podsłuchami, telefonami, e-mailami. Wówczas zrozumiałam, że mam do czynienia z ocalałymi z ludobójstwa, którzy przez 16 lat nie otrzymali żadnej pomocy. I zaczęłam ich słuchać jeszcze uważniej.

Myślę, że Wojtek Tochman też to musiał widzieć – tego nie dało się nie zauważyć. Może nie podszedł do nich wystarczająco blisko? Zatrzymał się w którymś momencie, wystraszył? Dziwię się, że reporter zajmujący się traumą nie zobaczył traumy na Gikondo.

W rozmowie z ks. Adamem Bonieckim mówił o zachowaniu pallotynów w czasie ludobójstwa, że bierne przyglądanie się złu jest także złem. Ty się nie zastanawiasz, co profesor Zimbardo miałby do powiedzenia o tym wszystkim?

Oczywiście, myślę o tym. Ale problem, który Wojtek rozstrzygnął tak definitywnie, mówiąc, że „duszpasterze zostawili swoje owce w największej potrzebie”, wiąże się z tym, co cielesne i behawioralne. Może trochę jestem relatywistką, ale moim zadaniem jest słuchanie – nie tylko głosów, ale również ciał.

To nie tak, że misjonarze uciekli czwartego dnia ludobójstwa. Oni chcieli uciec już pierwszego dnia. Taka była potrzeba człowieka: wiać od razu. Tylko że płot był za wysoki, a po drugiej stronie stało wojsko.

To nie tak, że w pewnym momencie przestali grzebać ciała, bo już dalej nie mogli. Czasem nie mogli pochować ani jednego trupa, bo zbyt trzęsły im się nogi. Mówili potem, że człowiek w takiej sytuacji nic nie może zrobić. Jest nikim, niczym. Że nie czuje ciała. I że ludzie różnią się między sobą zachowaniem: gdy jeden staje ze świętą figurką, aby bronić wiernych, drugi chowa się pod łóżkiem. Myślę, że ma to związek nie tylko z moralnością, ale również z ciałem. Masz biegunkę, nie możesz wstać, wymiotujesz.

Oczywiście, nie da się nie oceniać postępowania drugiego człowieka. Ja też to robię. Ale rolą etnologa jest przede wszystkim ustalenie, z jakim problemem zmagają się ludzie na danym terenie, co ich trapi i fascynuje, co oni myślą, a nie tylko – co ja o nich myślę. Nieważne, czy świadek jest dla mnie miły, nieważne, ile mi mówi. Brak informacji to też informacja: o tym, że dalej jest niepamięć, a za nią – jakaś blokada. Gdy zaczynam pracę w terenie, nie mam gotowych tez.

«« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

  • marianna
    17.06.2011 15:10
    Przykro, że trzeba psychotraumatolożki i etnolożki, żeby wytłumaczyć rzeczy oczywiste. Przykro, że Wojciech Tochmann, którego reportaże do tej pory ceniłam (choć nie śledziłam pilnie wszystkich) oczernił pallotyńskich misjonarzy. Co mianowicie ma zrobić grupka nieuzbrojonych ludzi stojących naprzeciwko bandy uzbrojonej w maczety,a zapewne i broń palną? Co mieli zrobić misjonarze? Zabarykadować się i dać się spalić? Rzucać kamieniami? Ruszyć z gołymi rękami na maczetę? Ciekawe czy pan reporter kiedyś w życiu osobiście bronił człowieka np. kopanego na ulicy czy też stosował tylko ulubioną ostatnio przez walczących z krzywdą metodę "komórka i telefon na policję". A jeśli bronił osobiście, to czy nie cofnąłby się na przykład na widok noża czy tym bardziej rewolweru? Przypomina mi to absurdalne zarzuty, które przeciw ocaleńcom z Zagłady kierowali ich bliskowschodni czy amerykańscy rodacy.
  • perswazje
    22.06.2011 22:05
    Łatwo o c e n i a ć innych, zwłaszcza gdy niebo niebieskie, a o sytuacjach skrajnych można zapomnieć.

    W telewizji pokazywano obrazek z ukrytej kamery- nasz ukochany kraj- Polska -jakiś napad w biały dzień, a obok przechodzący, obojętni ludzie...

    Nie trzeba wojny...

    PS Modlitwa czasem jest j e d y n y m ratunkiem. Po prostu.

  • Awa
    25.06.2011 22:32
    http://salvatti.salon24.pl/318743,moralne-obezwladnianie-list-otwarty-do-redaktora-naczelnego-tp
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama