Wyprawa bezdomnych po dom

Niedziela 27/2011

Ludzie mijani na ulicach pozdrawiają radośnie naszą oślą karawanę, machają, życzą powodzenia, przekrzykując huk samochodów. Przemarszowi przez wioski za każdym razem towarzyszy entuzjastyczny krzyk dzieci, biegnących z daleka, by powitać niecodziennych wędrowców.

 

Dobrze zna wagę intencji, które zaniesie do sanktuarium. – Droga mnie nie przeraża. Do Częstochowy szedłem kilka razy, po Warszawie robię dziennie 20 km, to i na Święty Krzyż dam radę – uśmiecha się Marek, zarzucając na ramiona plecak.

Wymarsz z Janiszowa

Razem z pięcioma innymi bezdomnymi z przyklasztornej Jadłodajni Braci Kapucynów w Warszawie wyruszyli, by prosić Pana Boga o dom. – Każdy by chciał powrócić do normalnych, ludzkich warunków życia – mówi Rysiek. – Nie spać na dworcach, klatkach schodowych czy ławkach, ale zacząć od nowa… Do „wyprawy po dom” namówił ich br. Piotr Wardawy z Fundacji Kapucyńskiej, która planuje rozbudować ośrodek pomocy bezdomnym. – Aby stworzyć dom, trzeba najpierw przygotować do tego swoje serce – mówi br. Piotr. Nie ma przy tym wątpliwości, że wędrowne rekolekcje z towarzyszeniem osłów są ku temu wyjątkową okazją.

Najpierw dojazd z Warszawy do Janiszowa, gdzie czeka już przewodnik wyprawy – Jarosław Sekuła, hodowca wędrownych osłów. O hodowli marzył od dzieciństwa, a tajniki zgłębiał przed laty w Egipcie. Sporo o nich dowiedział się też w Irlandii, skąd przywiózł Fionę i Dużą Mysz. Od kilku lat w Janiszowie przygotowuje osły do pieszych wędrówek, marząc o wyprawie na Święty Krzyż. Nie sądził, że spełnienie nastąpi w tak szczególnym gronie – w gronie ludzi noszących w sercu marzenia, bezlitośnie dławione przez codzienność. – Jarek jest dla mnie przykładem człowieka, który zaufał Ojcu – opowiada o bezdomnym br. Piotr. – Zaufał Panu Bogu i szedł, choć wszystko stało przeciwko niemu.

Kilka godzin snu, zmąconego wiszącym w powietrzu zapachem przygody, i wyczekany świt. Osły gotowe do drogi i pierwsze wspólne juczenie Dużej Myszy, Fiony i Moiry. Każda z nich zupełnie inna, wymagająca odpowiedniego dla siebie prowadzenia. – Musicie je najpierw poznać – uprzedza Jarek. Krótki instruktaż, podział na dwuosobowe zespoły „prowadzący – poganiacz”, modlitwa przed drogą i wymarsz.

Bezdomni z osiołkami przez miasta i wsie

Ludzie mijani na ulicach pozdrawiają radośnie naszą oślą karawanę, machają, życzą powodzenia, przekrzykując huk samochodów. Przemarszowi przez wioski za każdym razem towarzyszy entuzjastyczny krzyk dzieci, biegnących z daleka, by powitać niecodziennych wędrowców. – Jezusa wjeżdżającego na osiołku do Jerozolimy też tak radośnie witano – mówi jeden z bezdomnych, sadzając na grzbiecie Fiony kolejnego roześmianego dzieciaka. Szybko nabieramy pewności, że osioł to zwierzę stworzone do ewangelizacji. Godzinny postój w jednej z wiosek stał się główną atrakcją gminy. Rower za rowerem, samochód za samochodem, wieść o popasie oślej karawany rozeszła się w mgnieniu oka. Tadeusz z Robertem pomagają dzieciom wdrapać się na ośli grzbiet, Andrzej opowiada o odkrytych właśnie zaletach oślej natury, a Marek z Wieśkiem zapewniają rodziców o bezpieczeństwie ich dzieci. Ze wzruszeniem obserwujemy tę prawidłowość: dzieci towarzyszą nam od pierwszego kilometra aż po ostatni. Bezdomni otaczają je ojcowską troską i zajmują się nimi mimo zmęczenia.

Zaskakuje nas gościnność i otwartość ludzi, których spotykamy. Siostry Jadwiżanki w Zawichoście podejmują nas uroczystym śniadaniem, proboszczowie z Gierczyc, Biskupic i ksiądz ze schroniska św. Brata Alberta w Skoszynie przyjmują serdecznie na nocleg, pomagając rozwiązać bieżące problemy wędrowców. – W Warszawie nie spotyka się takiej życzliwości ludzi – mówi Marek. – Tutaj nie traktują człowieka jak menela, jak bezdomnego, mimo że niektórzy wiedzą, kim jesteśmy. Podchodzą do człowieka z życzliwością, nie z litością. Myślisz sobie, że jesteś jeszcze coś wart, że jesteś człowiekiem, mimo ułomności i grzechów.

Po 20 km droga przestaje być łatwa. Ciągle uczymy się trudnego prowadzenia osłów i współpracy w parach, a do tego asfalt daje się oślim kopytom we znaki. Zaczyna być ciężko i nieprzewidywalnie. Fiona nabawia się kontuzji. Pierwsza próba sił i empatii. Wędrowcy stają jednak na wysokości zadania. Żaden z nich nie ma wątpliwości: trzeba rozjuczyć osła i wziąć na siebie niesiony przez niego ciężar. Nocą docieramy do miejsca odpoczynku. Nie wiemy, co przyniesie kolejny dzień. Powierzamy trud drogi Panu Bogu i jesteśmy pewni tylko jednego: najlepsze, co można zrobić w nieprzewidywalności, to pozwolić Mu się poprowadzić. – Myślałem sobie, że pójdziemy jakąś prostą drogą po polach, pośmiejemy się, posiedzimy, ognisko rozpalimy, a tu kłopot za kłopotem – mówi Marek. – Ale im więcej tych kłopotów, tym jest to bardziej pasjonujące. Myślę, że Bóg nas doświadcza, żebyśmy docenili wartość tej wędrówki i intencji, w jakiej idziemy.

Prosto w oczy

Nadzwyczajna kumulacja zdarzeń pozwala w ciągu kilku dni przeżyć sytuacje, które w codziennym życiu rozkładają się na lata. W stresie nie ma miejsca na kamuflaż i udawanie, więc o konflikty nietrudno. – Wykorzystujemy to do wspólnego wzrostu. Staramy się nie przemilczeć żadnej z trudnych sytuacji, analizujemy je na bieżąco i wyprowadzamy z nich wnioski na życie. Takie wieczorne rozmowy, wypowiedzenie sobie trudów, są czymś, co cementuje cały zespół – mówi Rysiek. – Ktoś może być chwilowo obrażony, że się mu wytknęło jakieś błędy, ale ma to pozytywne skutki. Każdy przyjmuje to z honorem, więcej nie popełni tych samych błędów i nie będzie żywił urazy, bo mówimy sobie wszystko prosto w oczy, nie za plecami. To pozwala w zupełnie innym stopniu zrozumieć drugiego człowieka. Gdybyśmy byli w Warszawie, mógłbym się tylko denerwować na kogoś, tutaj mogę zrozumieć zachowanie innych i w przyszłości będę inaczej patrzeć na czyjeś potknięcia.

Osiołki prowadzimy na zmianę, tak by wszyscy mieli szansę zmierzenia się z innym oślim charakterem. Moira jest młoda i narowista, trzeba sporo sprytu i zdecydowania, żeby dać jej radę. Duża Mysz zwykle ociąga się leniwie, opóźniając marsz. Fiona kroczy pierwsza, przecierając szlak, ale równie zdecydowanie odmawia marszu, gdy ma ku temu własne powody. Do dalszej drogi może nakłonić ją wówczas tylko Jarek. Jego osoba ma w tej wędrówce szczególne znaczenie dla bezdomnych. Mówią, że nigdy dotąd nie widzieli człowieka mającego taki kontakt ze zwierzętami. Jest w stanie sprowadzić swoje osły z każdej, najbardziej niebezpiecznej góry. Idą za nim, bo mu ufają. – Zdumiał mnie jego spokój i opanowanie. Gdy wyruszyliśmy w drogę, obserwowałem go i z godziny na godzinę miałem dla niego coraz więcej szacunku i podziwu. Zrozumiałem, że te osły to nie tylko hobby, ale też wielka miłość i pasja – mówi Marek.

Bezdomni wędrowcy u celu

Ufność, wytrwałość, odpowiedzialność i wiara w to, że uda się pokonać trudności, to najczęściej wypowiadane odkrycia każdego z sześciu bezdomnych wędrowców. – Ja do tej pory nie mogę się odnaleźć jako bezdomny – mówi Rysiek. – Jest nam bardzo ciężko, ale taka wyprawa, w której są dole i niedole, uczy mnie, jak dalej żyć. Taki dom, który byśmy mieli, na pewno by wielu bezdomnych zintegrował i pozwolił na lepsze życie. Mówią, że są dzisiaj silniejsi i bogatsi. Wracają do swojej niełatwej codzienności z nowymi sercami, pełnymi nadziei i ufności. – Tych czterech dni nie zamieniłbym na rok swojego życia – wyznaje Marek. – To przeżycie będzie tak ważne dlatego, że było tak trudne.

«« | « | 1 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wybrane dla Ciebie

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama