Oni i tak przyjdą...

Tygodnik Powszechny 31/2011

Nie sądzę, by różnorodność była wartością pierwszego rzędu, jak wolność czy sprawiedliwość. Jest ona ekscytującym faktem, ale nie można jej traktować jako wartości samej w sobie.

 

Michał Bardel: Był taki czas, kiedy Europa była światem, a świat Europą. Świat definiowano wyłącznie z europejskiego punktu widzenia. Czy dziś pozostało jeszcze coś z tej podstawowej orientacji?

Timothy Garton Ash: Pierwsze stwierdzenie nie wydaje mi się słuszne. Europa nie była światem – Europa odkryła świat. Wystarczy spojrzeć na cudowne stare mapy, na których białe plamy naszej ignorancji w kwestii Ameryk, Azji czy Australii z czasem ulegają rozwianiu za sprawą europejskich odkryć.

Europa odkrywała świat dla siebie samej, podczas gdy Chińczycy wciąż wiedzieli, że są Chińczykami, a Hindusi świadomi byli swojej – w wielu wymiarach równie starożytnej lub nawet dawniejszej – kultury i tradycji. Później zaś mieliśmy erę europeizacji świata – lub nawet szerzej: jego westernizacji. Jest taka mało znana, a zarazem bardzo interesująca książka historyka Teodora von Laue zatytułowana „The World Revolution of Westernization”. Twierdzi w niej, że ten rodzaj kulturowych dychotomii, które niedawno przywołał znów Samuel Huntington – zderzenie cywilizacji Zachodu i Wschodu – jest całkiem nierealistyczny, albowiem niemal każdy ma dziś w sobie coś z Zachodu; albowiem wraz z europejskim podbojem i późniejszą kolonizacją elementy zachodniej kultury zmieszały się z elementami innych kultur.

Gdziekolwiek spojrzeć, Europa pozostawiła po sobie ślady. Pojedzie pan do Buenos Aires i znajdzie tam francuską architekturę, pojedzie pan na Tajwan – i tam znajdzie cząstki Europy.

Inna rzecz, że w późniejszym okresie, po dekolonizacji, Europa wycofała się ze świata, zaczęła stopniowo o świecie zapominać.

Trudno nam się uwolnić od myślenia o Europie w kategoriach Zachodu, zachodniego świata. Ale przecież stworzyły ją, jakieś trzy tysiące lat temu, ludy o wschodniej proweniencji. Zeus porwał Europę w Fenicji i stamtąd dopiero przywiózł na Zachód, na Kretę.

Porwał azjatycką księżniczkę! Europa była azjatycką księżniczką z przeciwległego brzegu morza Śródziemnego!

Co w takim razie ostatecznie doprowadziło do podziału obydwu cywilizacji: tej na zachód od morza Egejskiego i tej na wschód?

Najpierw i przede wszystkim był Rzym i wszystko, co mu zawdzięczamy. Zarówno starożytna Grecja, jak judaizm, z czasem także chrześcijaństwo – wszystkie te tradycje oddziaływały za pośrednictwem Rzymu. Po wtóre – trzeba to jasno powiedzieć – Europę kształtowała konfrontacja z islamem.

Pierwsze użycie słowa „Europejczycy” znajdujemy w kronice bitwy pod Poitiers w 732 r., bitwy toczonej przeciwko muzułmańskiemu najeźdźcy. To właśnie Piccolomini, papież Pius II – pisał o tym Bronisław Geremek w swoich pracach mediewistycznych – ustanowił polityczną ideę Europy w opozycji do islamu.

Dlaczego tak rzadko – o ile w ogóle – w procesie kształtowania się Europy wspominamy o roli Bizancjum? Za jednego z architektów europejskiej jedności uważamy Karola Wielkiego – ale jego imperium nie może się nawet równać potędze, także umysłowej, cesarstwa bizantyjskiego.

O Bizancjum wspominaliśmy rzadko, dopóki nie pojawił się człowiek o nazwisku Wojtyła i nie przypomniał nam o nim swoim słynnym obrazem dwóch płuc Europy – wschodniego i zachodniego, i nie zwrócił naszej uwagi na świat wschodniego chrześcijaństwa. To, wraz z upadkiem komunizmu i rozszerzeniem Unii Europejskiej, doprowadziło do sytuacji, że wśród państw członkowskich mamy dziś kilka wspólnot prawosławnych (m.in. Rumunia, Grecja, Bułgaria).

Jednym z wielu absurdów książki Samuela Huntingtona wydaje mi się twierdzenie, że świat prawosławia stanowi osobną cywilizację. To jest całkowity nonsens. Oczywiście, Rosja jako taka stanowi osobny problem, ale tylko dlatego, że jest Rosją – nie dlatego, że jest prawosławna.

Ale też tożsamość nowożytnej Europy bywała nierzadko budowana właśnie w opozycji do Rosji...

Tak, co więcej, w czasach nowożytnych rosyjski i radziecki ekspansjonizm stały się siłą napędową integracji europejskiej. Często zapomina się – myśląc o okresie 1950-90 – o tym, w jak wielkim stopniu Związek Radziecki spełnił funkcję zewnętrznego katalizatora dla projektu europejskiej jedności.

Rosja jest bowiem bardzo szczególnym krajem: istnieje wiele państw, które mają pewne wahania i wątpliwości związane z Unią Europejską, ale jednak chcą w niej być. Tymczasem znacząca większość Rosjan po prostu tego nie chce. Są przekonani, że najlepiej im będzie w ich własnym euroazjatyckim świecie.

Sądzę, że przez najbliższe dekady, a może nawet stulecia, wykrystalizuje się jakaś wyjątkowa relacja Unii Europejskiej wobec Rosji. Tyle że odpowiedź na kwestię rosyjską, inaczej niż na przykład w przypadku Turcji, musi wyjść od samych Rosjan. Oni sami muszą podjąć decyzję, kim chcą być.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama