Niemiłosierni dla samarytan

Przewodnik Katolicki 32/2011

Są ich tysiące. Łącznie potrafią zarobić nawet 365 mln złotych rocznie. Ponieważ dochód z ich procederu jest nieopodatkowany, fiskus może tracić rocznie grube miliony. A wszystko to za sprawą naszej szczodrobliwości, wyrzutów sumienia albo po prostu chęci „świętego spokoju”.

 

Napadnięto mnie na promenadzie w Świnoujściu. Dziesiątki ludzi przechadzających się w letni dzień w centrum nadmorskiego kurortu było narażonych na podobne zaczepki. Kilka rozproszonych w tłumie osób podchodziło do spacerowiczów i pełnymi bólu i cierpienia oczami spoglądało prosto w oczy zaczepionego turysty, prosząc łamiącym się, niemal zawodzącym głosem o wsparcie. Chłopiec wyglądający na dwunastolatka wręcz uwieszał się na ręce kobiety, która nerwowym ruchem szukała w torebce portmonetki. Gruchnęły monety w kieszonce portfela, jedna zaszkliła się z oddali blaskiem nadmorskiego słońca i już, „już jestem wolna od namolnego dzieciaka” – pomyślała zapewne przymuszona do darowizny kobieta, odchodząc tymczasem przyspieszonym krokiem i wycierając nerwowym ruchem przedramię z niewidzialnego śladu, jaki zostawiła na nim ręka żebraka. Chłopak stał tymczasem przy kolejnej osobie. Również uległa…

Usiadłem na ławce i obserwowałem przebieg procederu. W ciągu godziny chłopak uwiesił się ręki, uczepił spódnicy albo zaplątał między nogami 16 osób. Aż 12 wręczyło mu monety. Były to zapewne kwoty od złotówki do 5 zł. Dzięki temu przez godzinę małoletni żebrak mógł zarobić średnio nawet 36–40 zł. Piękna stawka. Trudno rozstrzygnąć, ile godzin dziennie i jak często w tygodniu chłopiec ów zajmuje się żebraniem, a tym bardziej, jaką część z uzyskanej kwoty musi oddać zwierzchnikowi tego procederu. Bo o tym, że działalność ta jest przez kogoś zorganizowana, przekonałem się tuż przed zakończeniem mojej niejawnej obserwacji, kiedy to jedno z dzieci z wprawą zagwizdało – na co zresztą prawie nikt z przechodniów nie zwrócił uwagi – po czym błyskawicznie z boku pojawiły się dwie dziewczynki i żebrzący wcześniej chłopiec. Wymienili się oni spojrzeniami, jakimiś uwagami wypowiadanymi do ucha, po czym pobiegli w sobie tylko znanym kierunku. Choć żebraków, jak większość z nas, widzę nie od wczoraj na naszych ulicach, po tym nadmorskim doświadczeniu postanowiłem przyjrzeć się bliżej temu zagadkowemu procederowi.

Z przymusu i przyzwyczajenia

Krystyna, 83 lata, jedna z głównych ulic Poznania 

Śniada cera, pomarszczona twarz, siwe włosy, gruba wełniana spódnica, rozpinany sweterek, ubierany nawet przy upale, zaciśnięte wąskie usta i lekko wystająca dolna szczęka. Spod zgaszonych błękitnych oczu wyziera resztka nadziei, gdy prawie każdego dnia, stojąc przed jednym ze sklepów przy ruchliwej poznańskiej ulicy, kobieta ta podchodzi do przechodnia, prosząc z wysuniętą dłonią o wsparcie. Przez swój wiek, tembr głosu i rozczulające spojrzenie, staruszka wzbudziła też i moje współczucie.

Postanowiłem zastosować mój test nr 1. Poproszony o datek, zapytałem: – A może chciałaby pani trochę jedzenia zamiast pieniędzy? Test zdany: – Jak najbardziej, proszę pana, wszystko przyjmę. Cofnąłem się więc do sklepu, w którym właśnie zrobiłem zakupy dla siebie i tym razem pod dyktando utrudzonej żebraniem seniorki kupiłem jeszcze: litr mleka, krojony chleb, wędlinę w plasterkach, a od siebie dodałem puszkę z makrelą w oleju, akurat mieli w promocji. „Zaledwie 12 złotych, a ktoś głodny się naje” – ucieszyłem się.  Gdy wyszedłem ze sklepu, kobieta czekała. Zabłysnęły i ożywiły się jej oczy, gdy zobaczyła w moim ręku siatkę z artykułami dla niej przeznaczonymi. Znalazła jeszcze chwilę na krótką rozmowę: – Dlaczego pani prosi o wsparcie, stojąc tu na ulicy – pytam spokojnie, by jej nie urazić. – Oj, panie, małą mam tę emeryturkę, wszystko idzie na czynsz, prąd, gaz kazałam już odciąć, a na leki już prawie nie starcza. Więc o jedzenie muszę prosić przed sklepami – odpowiada całkiem wiarygodnie.

Zdaję sobie sprawę, że emerytury w naszym kraju często przypominają już nie jałmużnę, ale jej namiastkę, daję wiarę tym wyjaśnieniom. Drążę jednak dalej: – Ale jest pani samotna, nie ma żadnej rodziny? – Syna mam, ale chory jest, ułomny. Do pracy się nie nadaje, a renty nie ma – słyszę i dziwię się, że syn pozwala starej kobiecie na taką „uliczną” działalność. Po chwili, gdy dowiaduję się, że syn ma prawie 50 lat, moje zdziwienie zamienia się niemal w oburzenie. Rozstajemy się. Kobieta solennie dziękuje za drobną przecież pomoc – „Niech Bóg panu błogosławi”. Dziękuję, odwracam się. Ale obserwacja jeszcze się nie zakończyła. Staję kilkadziesiąt metrów dalej. Zasłania mnie znak drogowy. Kobieta pokonała już też spory kawałek w przeciwnym kierunku. Ale nadal ją widzę. Przebiera ręką w siatce, którą ode mnie otrzymała. Wyciąga kolejne artykuły spożywcze, ogląda je i jakby od niechcenia wrzuca z powrotem, po czym włócząc zmęczonymi i opuchniętymi nogami obutymi w staroświeckie, zniszczone mokasyny, idzie w dal.

Po ok. dwóch godzinach przypominam sobie, że zapomniałem kupić mleko, może dlatego, że kupiłem je staruszce. Idę więc do sklepu i ku mojemu zdziwieniu kobieta znów przed nim stoi. Czuję zawód przemieszany z irytacją. Co gorsza, gdy zbliżam się do sklepowych drzwi, kobieta znów wyciąga do mnie rękę, najwyraźniej nie poznając mnie, mimo że przed dwiema godzinami rozmawialiśmy. – Przecież kupiłem dziś pani jedzenie. A pani znowu tu stoi? – pytam spokojnie. – Tak? Hm, no tak, no stoję – odpowiada niezdecydowana. Nie indaguję staruszki jednak tym razem. Nie mam takiego prawa. Ze sklepu wychodzę tylko z kartonikiem mleka.

Według danych statystycznych programu „Przeciwdziałanie Procederowi Żebractwa na Terenie Miasta Poznania w latach 2008–2010” – 62 proc. żebrzących to mężczyźni, a pozostałe 38 proc. – kobiety. Ponad połowa żebraków ma 40 lat (52 proc.), 60 proc. ma wykształcenie podstawowe, 23 – zawodowe, 14 – średnie, a 3 – wyższe. Aż 60 proc. osób trudniących się żebraniem ma problemy zdrowotne, a prawie trzy czwarte żebrzących nie korzysta z  żadnej pomocy instytucjonalnej – albo o niej nie wiedzą (najrzadziej), albo nie chcą z niej korzystać (aż 59 proc.) Gdy wspomniałem 83-letniej pani Krystynie, że niedaleko miejsca, gdzie przez żebranie uzyskuje bądź nie pomoc od ludzi, jest jadłodajnia Caritasu, w której codziennie wraz z synem mogłaby zjeść ciepły posiłek, odpowiedziała, że „to przecież wstyd”. Najwyraźniej żebranie przed sklepem już tak bardzo nie zawstydza.

 

 

«« | « | 1 | 2 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Zobacz

  • Mieszkanka Krakowa
    10.08.2011 22:20
    W poniedziałkowe popołudnie - w okolicy Rynku w Krakowie - podszedł do mnie młody mężczyzna z plecakiem i... poprosił o kupienie... Odmówiłam, bo myślałam, ze chce coś sprzedac. Tymczasem on prosił o jedzenie... Po krótkiej refleksji pobiegłam za nim, ale chyba wmieszał się w tłum... Teraz mam wyrzuty sumienia, że nie kupiłam mu posiłku. Moja znajoma twierdzi, że nieznajomy mógł mi wyrwac portfel i nie powinnam się tak przejmowac całą sprawą. Rzeczywiście nie wyglądał jak kloszard - mimo to czuje się dziwnie...
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama