Poety życiorys nieprosty

Niedziela 36/2011

Dyplomata. Szef kilku zespołów filmowych. Kierownik literacki wielu teatrów, w tym Teatru Telewizji. Dziennikarz. Krytyk literacki. Tłumacz. Prozaik. Dramaturg. Autor musicali. Ale przede wszystkim – poeta. Twórca blisko 40 tomików wierszy. Wielokrotnie nagradzany i odznaczany, w czasach PRL-u i dzisiaj, w tym Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego. W bieżącym roku mija 60. rocznica jego debiutu poetyckiego.

 

Dynamiczny siedemdziesięciosześciolatek. Żonaty. Ojciec trojga dzieci. Syna i dwóch córek. Dziadek i pradziadek. Dziś bez odwiecznej fajki, bo nie pozwala mu na to serce pracujące na rozruszniku. Kształtowała go władza PRL-u. Raz kijem, raz marchewką. Nie dawał się. Brnął przez swój czas. Bywało, że z komunistyczną władzą. Innym razem – przeciwko niej. Jego poezja kształtowała gusta estetyczne Polaków. A kilka dramatów – w tym „Rzecz listopadowa”, napisana w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku, czy „Wieczernik” z lat osiemdziesiątych – stało się zarzewiem narodowej dyskusji: Kim byliśmy, kim jesteśmy i dokąd dążymy? Do dziś jedni krytycy piszą o nim – konformista. Drudzy – nonkonformista. Ale jego wiersze czytają zarówno konformiści, jak i nonkonformiści. Niektórzy krytycy powiadają, że jego poezja ociera się o grafomaństwo. Inni uważają go za wieszcza. Tymczasem nakłady książek Ernesta Brylla sięgają tysięcy, co jest nieosiągalne dla wydawanej współcześnie twórczości poetyckiej. A na spotkaniach z autorem bywa po kilkaset osób.

Patrzyliśmy na szaleństwa starszych

Urodzony warszawiak, jak rzadko kto czujący Polskę, Mazowsze. Z rodziców pochodzących od pokoleń z Wielkopolski. Jedynak, rocznik 1935. Gimnazjum skończył na tajnych kompletach. Liceum – po wojnie w Gdyni. W czasie wojny – zawiszak w Szarych Szeregach. Później – harcerz. Po rozwiązaniu ZHP – współzałożyciel nielegalnej grupy skautowskiej. Unika aresztowania, przeniesiony przez rodziców do innej szkoły. Maturę zdaje jako szesnastolatek. Debiutuje wierszem „Rybaczka”, odczytanym w Radiu Gdańsk. Czuje się już dorosły. Postarzając się o dwa lata, podejmuje pracę jako robotnik w elektrowni. Gra też w amatorskim teatrze robotniczym. Kiedy zaczyna poważnie myśleć o studiach, zdaje na dziennikarstwo. Brakuje mu jednak „ideowych punktów”, za „właściwe” pochodzenie. Proponują mu więc sinologię. Ponieważ abiturient nie orientuje się nawet, co to za termin, zostaje przyjęty na polonistykę. Choć wychowany w tradycji patriotycznej II Rzeczypospolitej, bez skrupułów wchodzi w nową rzeczywistość. – Po sfałszowanych w 1947 r. wyborach opuścił nas Mikołajczyk. Wcześniej również alianci, akceptując naszą podległość wobec Sowietów. Ojciec mi wówczas powiedział: „Teraz czeka nas długa droga” – opowiada Ernest Bryll. – Dla mnie był to bardzo ciężki czas. Ojciec rozumiał dramat mojego pokolenia. Ale jednocześnie wiedział, że trzeba ponieść koszta. Wiedział, że idąc na studia, będę miał określone środowisko. Ja sam chciałem obracać się wśród intelektualistów i propozycja żałoby narodowej dla młodych, w tym dla mnie, była trudna do przyjęcia.

Dość szybko, jako dobrze zapowiadający się poeta, Bryll został przyjęty do Koła Młodych Związku Literatów Polskich. Wśród różnych korzyści stąd płynących była też możliwość czytania książek zakazanych przez cenzurę, również polskich pisarzy, którzy pozostali na Zachodzie. – I tak wsiąkałem w to lewackie środowisko – opowiada poeta. – Być może byłem zbyt głupi i zbyt leniwy, aby szukać innych. Na pewno były, ale powiem szczerze: dla mnie ich nie było. Na polonistyce spotkałem czołówkę późniejszych „rewizjonistów”. Tylko że oni byli wtedy zajadłymi stalinistami. Prof. Jan Kot mówił np., że Józef Conrad to faszystowski pisarz. Polemizowała z nim nawet Maria Dąbrowska. Patrzyliśmy na szaleństwa starszych nie tyle nawet zniesmaczeni, ile zdumieni – mówi Bryll. – Podśmiewaliśmy się m.in. z szaleństw Borowskiego, który z wielkiego pisarza runął na dno literackie, publikując w  prasie teksty propagandowe.

Starzy bez pardonu kształtowali młodych. Kiedy Ernest Bryll, jako dziewiętnastolatek napisał bardzo krytyczny tekst o kradzieżach i pijaństwie w PGR-ze, dowiedział się od wybitnego pisarza Jerzego Andrzejewskiego, że napisał nieprawdę. – Zaprotestowałem wówczas dobitnie: „Panie Jerzy, to jest prawda, bo ja to widziałem!” – wspomina  Ernest Bryll. – A on mi na to: „Ty to widziałeś, ale to jest twoja subiektywna prawda. A prawda obiektywna jest taka, że ty, jako pisarz, powinieneś  zobaczyć i pokazać nowego rodzącego się człowieka. Ale go nie zobaczyłeś. I to jest twój błąd pisarski”. Było to dla mnie niebywale dramatyczne. No i pracowałem nad „szukaniem prawdy obiektywnej”, ale na szczęście w wierszach mi to nie wychodziło.

Koniec stalinizmu

Kończył się koszmar stalinizmu. Ernest Bryll i tysiące innych próbowali „budować socjalizm z ludzką twarzą”. Bryll w „Po prostu” i Klubie Krzywego Koła. Rok 1956 przeobrażał PRL. Po rozpadzie wszechobecnej, totalitarnej organizacji młodzieżowej ZMP powstawały niezależne organizacje demokratyczne. – Również Związek Młodzieży Demokratycznej zakładany oddolnie – wspomina Ernest Bryll. – Pamiętam, któregoś dnia przyszedł na spotkanie jakiś wściekły ideowy komunista. I opowiadał, jak za pomocą partyjnych bojówek rozbijał zebranie młodych demokratów. Zdziwiłem się. Pomyślałem: walczymy o demokrację, a tu się rozbija spotkania innej organizacji...? Nic jednak nie powiedziałem. Ale też i żaden z kolegów nie zareagował. No, bo byliśmy nauczeni, że owszem demokracja, ale... nie dla reakcjonistów. Jakiś czas temu oglądałem film o założycielu ZMD Przemysławie Górnym. Dowiedziałem się, jak był traktowany przez władzę. Że wytoczono mu proces i wtrącono na kilka lat do ciężkiego więzienia. Jak go tam okrutnie traktowano. I wtedy przychodzi smutna refleksja o sobie i pytanie – gdzieś, ty, chłopie, wtedy był?

Tyran złagodzony, tyran oświecony

Ernest Bryll, jak podkreśla, po „odwilży” 1956 r. uwolnił się artystycznie. Nie musiał już szukać „nowego rodzącego się człowieka” i marzył o pracy we współczesnym piśmie literackim, które by prezentowało kulturę na wysokim poziomie artystycznym. I marzenie spełniło się. Został jednym z współtwórców tygodnika „Współczesność”. W 1958 r. wydał też swój pierwszy tomik, dobrze przyjęty przez krytyków, „Wigilie wariata”. Dwa lata później poeta – dotychczas choć chudo, ale jednak nagradzany marchewką – poznał, co to kij. Pismo rozwiązano, a on z kilkoma kolegami, w tym Stanisławem Grochowiakiem, otrzymał na półtora roku wilczy bilet, co w praktyce oznaczało zakaz jakiejkolwiek publikacji. Do dziś nie może zrozumieć, skąd ta mściwość ówczesnych władz? By żyć, pisał, ale inni drukowali jego utwory pod swoim nazwiskiem. Mieszkał z niepracującą żoną i maleńkim synkiem podczas srogiej zimy w podwarszawskim letnim domku. Kiedy skończyły im się pieniądze, „opiekuńcze” państwo odłączyło prąd. Jedzenie raz na dzień było normą. Nieoczekiwanie sytuację bytową zmieniła nagroda otrzymana w konkursie literackim za powieść „Studium”. Napisana pod pseudonimem w 1964 r., przyniosła mu zdecydowaną poprawę ekonomiczną.

 

«« | « | 1 | 2 | » | »»

Reklama

TAGI| BRYLL

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama