Śmiać się z Siłaczki

Tygodnik Powszechny 36/2011

Kiedyś szkoła miała wychować zdyscyplinowanego pracownika, który przez osiem godzin siedział i przykręcał tę samą śrubkę w kolejnych egzemplarzach produktu. Teraz premiowany jest pracownik zdyscyplinowany, ale kreatywny i pomysłowy – wiercipięta. Szkoła wypuszcza ucznia w świat, który nie lubi pracowników spóźniających się, ale nie lubi też drętwych niemot.

 

Michał Olszewski: Dlaczego Pan, doświadczony dydaktyk, marzy o odchudzeniu korpusu nauczycielskiego o połowę? Naprawdę jest Was za dużo?

Jan Wróbel: Czy wydobywamy węgiel, aby górnicy mieli pracę, czy żeby zapewnić Polsce bezpieczeństwo energetyczne i suwerenność w Europie?

Głównie z tego drugiego powodu, dlatego mogliśmy zdziesiątkować polskie kopalnie.

A po co w takim razie utrzymujemy szkoły? Żeby zapewnić nauczycielom pracę, czy żeby zapewnić Polsce intelektualną suwerenność i przewagę nad innymi? Jestem pewno trochę nacjonalistą: chciałbym, żeby Polska miała dzięki edukacji lepsze warunki wyjściowe, w porównaniu z Czechami, Francuzami, Niemcami.

Jak powinniśmy wychowywać, żeby młodzi Polacy nie wstydzili się swojego pochodzenia?

Polski nauczyciel powinien być panem na włościach. Wysokie zarobki, wciągająca robota, sprawiedliwie, lecz surowo oceniana przez radę rodziców. Nauczyciel powinien przychodzić do pracy, a nie do szkoły, w ramach tej pracy realizować lekcje i zarabiać dużo pieniędzy. Takich cudów, żebyśmy mieli setki tysięcy doskonale zarabiających i nieprzepracowanych nauczycieli, nie ma – Polska to nie Eldorado.

Jak wygląda kondycja półmilionowej armii polskich nauczycieli?

Widzimy zabłąkanego w trybach edukacji mistrza-czarnoksiężnika. Na tym tle wielu nauczycieli wypada blado – nie są żadnymi mistrzami, bo nie mają pojęcia, że system edukacyjny to w istocie duże przedsiębiorstwo. Znaczna część pracowników wykryła już silne i słabe strony tego systemu, i do nich się dopasowała. Trzeba uprawiać papierkologię, zamiast wysilać się nad sprawdzaniem prac domowych. Możemy przecież zaliczyć je bez szczegółowego sprawdzania i nie będzie z tego powodu afery.

Najchętniej przekręciłbym patrzenie na polską oświatę tak, jak zmieniło się spojrzenie na górników. Do pewnego momentu byliśmy wychowani na etosie pracy górniczej, ale teraz widzimy, że jeśli kopalnia jest nierentowna, to górnik musi odejść do innej pracy.

Ale nauczyciele to jedna z najbardziej przepracowanych grup zawodowych w kraju.

Człowiek się czuje przepracowany wtedy, kiedy nie ma pieniędzy na odpoczynek. Biznesmeni pracują więcej od nauczycieli, ale czy są bardziej zmęczeni? Jeżeli moja praca przynosi wymierny efekt finansowy i stać mnie na wiele rzeczy, to „daję radę”. Jeśli pieniędzy jest mało, a w szkole mam się uśmiechać i nie denerwować na dzieci, to rady nie daję.

Trzeba zacząć od drugiej strony: chcemy, żeby nauczyciel zarabiał na rękę 5-6 tys. zł, co sprawi, że będzie w grupie ludzi dobrze opłacanych. To oznacza, że potrzebujemy jakieś 200 tys. nauczycieli, którym państwo stawia określone zadania. A jeżeli rodzice, samorządy, grupy parafialne zechciałyby jeszcze dokładać do tego jakieś cegiełki, to nic nie stoi na przeszkodzie, dobry system edukacyjny powinien na to pozwalać.

A zanim mnie pan zapyta o kubeł na głowie nauczyciela, bo to od kilku lat najczęstsze pytanie do pedagogów, od razu odpowiem, że z punktu widzenia logiki przedsiębiorstwa mieliśmy sytuację, w której pracownik natrafiający na kłopot nie dzielił się nim ani z szefem, ani z kolegami z działu. Żadne przedsiębiorstwo na świecie długo nie pociągnie na takich pracownikach.

Czyli to wina nauczyciela?

Nauczyciel doprowadził do sytuacji zupełnej bezradności i wybuchu agresji chuliganów. Każdy może zostać napadnięty przez uczniów, jeśli miał z nimi wcześniej kłopoty, którymi się z nikim nie podzielił. Niestety, niewielu nauczycieli ma odruch rozmawiania o kłopotach z przełożonym, bo ten powie, że nie umieją utrzymać dyscypliny.

W tym milczeniu nie ma nic dziwnego. Nie ma terapeutów, którzy rozmawialiby z nauczycielami.

Nie rozumiem tego braku. W każdej pracy, w której człowiek nieustannie styka się z ludźmi, czyli z emocjami, nie zawsze przecież pozytywnymi, napięcia są tak duże, że obecność terapeuty powinna być oczywista. Zwłaszcza że mówimy o ludziach, którzy spotykają się z naszymi dziećmi. Inwestycja w zdrowie emocjonalne nauczycieli jest inwestycją rodzicielską.

Czy w szkole potrzebujemy jeszcze relacji mistrz–uczeń? Jest tyle różnych źródeł, z których człowiek może czerpać...

Młodzi ludzie nadal lgną do mistrza – to może być nauczyciel, to może być trener, starszy brat koleżanki, który przeczytał dużo książek. Mnie nie przeszkadza to, żeby mistrzowie byli w edukacji, fajnie, jak się pojawiają. Natomiast system oświatowy musi być nastawiony na przeciętniaka. To przeciętny nauczyciel ma sprawić, że szkoła jest dobra. Nie możemy liczyć na to, że pojawi się czarnoksiężnik i będzie odmieniał ludzkie serca.

Dla większości polskich gimnazjalistów człowiek, który skończył dobre humanistyczne studia i potem się jakoś intelektualnie nie zapuścił, jest alfą i omegą wiedzy humanistycznej. Przeciętny 14-, 15-latek nie zna nazwiska Felliniego, nie oglądał „Pulp Fiction”, a jeżeli przypadkiem zobaczył, to nie wie, kto to nakręcił i dlaczego to jest przełomowe, nie oglądał też „Zezowatego szczęścia”, nie słuchał Cohena ani Zembatego i nie zna plejady rzeczy, które wydają nam się oczywiste. Należy w końcu pozwolić nauczycielom podzielić się tą wiedzą z uczniami.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

Reklama

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama