Dziesięć lat później

Przewodnik Katolicki 37/2011

Po 11 września 2001 roku nic już nie jest takie samo jak przed atakiem na World Trade Center. Od dekady trwa wojna z terroryzmem, która zmieniła wszystko: globalny układ sił, stosunek do islamu, ale przede wszystkim relacje między państwem a obywatelem. Nie tylko w kraju zaatakowanym przez terrorystów, ale na całym świecie. Prawa jednostki przestają być fetyszem. Najważniejsze stało się bezpieczeństwo.

 

Heroizm

Sam dzień 11 września przeszedł do historii ze względu na symbolikę aktu terroru – uderzono w samo serce zachodniej cywilizacji – oraz niezwykłą postawę Amerykanów, którzy dali wówczas świadectwo niesamowitego hartu ducha, odwagi i ludzkiej solidarności. Choć nigdy wcześniej nie mieli na swej ziemi do czynienia z tego rodzaju dramatem, zakończonym śmiercią 2800 ludzi, pokazali światu, jaką postawę powinien przyjmować w XXI w. człowiek wobec ślepej agresji.

Symbolem tamtych dni byli nowojorscy strażacy, ale przecież wszyscy zdali niezwykły egzamin. Ci, którzy stanęli w obliczu śmierci, ci, którzy ich ratowali, i ci, którzy otoczyli rodziny ofiar troskliwą opieką. Specjalne świadectwo dali pasażerowie słynnego lotu 93, zwyczajni ludzie, którzy podjęli bohaterską walkę z porywaczami samolotu, jedynego z czterech uprowadzonych, który rozbił się, nie docierając do założonego celu. Bunt na pokładzie stał się wręcz ikoną heroizmu ludzi postawionych w ekstremalnej sytuacji. Tego, co działo się podczas lotu z Newark, nikt nie widział (dopiero potem nakręcono kilka filmów fabularnych), za to wydarzenia na Manhattanie cały świat śledził w czasie rzeczywistym. Kofi Annan, pełniący wówczas funkcję sekretarza generalnego ONZ, celnie podsumował rangę ataku na WTC: „Świat wszedł w XXI wiek przez bramę ognia”.

Pozorny sukces militarny

Na początku wydawało się, że władze Stanów Zjednoczonych zareagowały wzorcowo, jak na supermocarstwo przystało. Zgodnie z procedurami odpowiedź była natychmiastowa. Już 14 września Kongres USA uchwalił rezolucję zezwalającą prezydentowi na użycie siły przeciw sprawcom zamachów. Tydzień później George Bush zażądał od talibów, rządzących wówczas przeważającą częścią Afganistanu, natychmiastowego wydania przywódców Al-Kaidy oraz likwidacji obozów szkolących terrorystów. Błyskawiczna akcja militarna zaczęła się 7 października 2001 i… równie szybko zakończyła rozgromieniem reżimu talibów. Tyle że nie była to wojna państwa z państwem. Bazy terrorystów po prostu przeniosły się w inne miejsca. Talibowie znaleźli schronienie w niedostępnych górach i protektorów w Pakistanie, zaś Al-Kaida w krajach arabskich werbowała następnych żołnierzy „świętej wojny”. Mimo to kolejne kroki USA nadal prowadzone były zgodnie z regułami konwencjonalnej wojny.

Wykorzystując poparcie międzynarodowej społeczności, prezydent Bush doprowadził do następnej interwencji zbrojnej. W marcu 2003 r. USA rzuciły rękawicę reżimowi Saddama Husajna, także pod hasłem wojny z terroryzmem. I znów oglądaliśmy efektowne szarże militarne i szybki upadek kolejnego dyktatora. I znów okazało się, że sukces był tyleż efektowny, co pozorny.

Wojna z cieniem

Antyterrorystyczna koalicja uwikłała się na długie lata w zbrojną obecność zarówno w Afganistanie, jak i Iraku. Nawet zabicie Osamy bin Ladena w maju 2011 r. nie zmieniło powszechnego odczucia, że w ciągu tej dekady wojna sprawiedliwa zamieniła się w bezsensowną operację militarną. Jej zwolennicy podkreślają, że śmierć setek żołnierzy nie poszła na marne, bo od 11 września 2001 r. w USA nie doszło do żadnego ataku terrorystycznego, za to udaremniono ich dziesiątki. Podobnie jest w Europie. Od zamachu w Londynie 7 lipca 2005 r. zagrożenie jest jedynie potencjalne. Osama nie żyje, a terroryści nie mają już takich możliwości działania jak przed 11 września. To wszystko prawda, ale z drugiej strony, mimo ogromnych nakładów i poniesionych ofiar, przeciwnik wciąż jest aktywny. Co więcej, rosnące bezprawie na pograniczu afgańsko-pakistańskim sprawia, że znów ma swój „matecznik”. Skuteczność współpracy antyterrorystycznej między USA i agencjami wywiadowczymi innych państw na pewno utrudnia działanie Al-Kaidy, ale przecież nikt poważny nie może dziś gwarantować, że spektakularny zamach na miarę WTC już się nie powtórzy. Wojna z terroryzmem nigdy się nie skończy, bo jego źródła wciąż biją w wielu miejscach świata. Co więcej, te rejony, gdzie terroryści czczeni są jak bohaterowie, stają się coraz mniej stabilne. Po doświadczeniach Afganistanu i Iraku wiadomo już, że nawet najpotężniejsze mocarstwo może okazać się bezradne wobec ludzkiego szaleństwa i fanatyzmu.

Wysoka cena

USA zapłaciły w tej wojnie z cieniem ogromną cenę, wymierną nie tylko daniną żołnierskiej krwi i gigantycznymi wydatkami. Tą ceną była reputacja. Przez cały XX wiek, jeśli Stany Zjednoczone gdzieś interweniowały zbrojnie, to zawsze przeciwstawiając się agresji, przynosząc wyzwolenie. Nawet wojna w Wietnamie była polem bitwy w walce z sowieckim imperium zła. Po 11 września nic się nie zmieniło… tylko teoretycznie. Pretekst do interwencji w Iraku okazał się co najmniej dyskusyjny (nie było tam broni masowego rażenia), zaś efektem interwencji jest jedynie chaos i niekończące się krwawe porachunki wewnętrzne. Ale najwięcej szkód przyniosły USA metody stosowane wobec osób podejrzanych o terroryzm.

 

«« | « | 1 | 2 | » | »»

Reklama

TAGI| 11 WRZEŚNIA, WTC

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )
    Pobieranie...

    Reklama

    Reklama

    Reklama